Azja,  Podróże,  Singapur

SINGAPUR – PAŃSTWO MIASTO JAK ZE SNU

Tak pięknego miasta – państwa jeszcze nie widziałam. Nie Watykan, nie San Marino, ale właśnie Singapur skradł nasze serducha. Plany były od dawna, nawet kilka podejść. Podobno do trzech razy sztuka…nie wierze w takie powiedzonka, ale faktycznie dopiero za trzecim razem mimo wcześniejszych prób udało nam się tutaj dotrzeć. I chociaż widzieliśmy wiele filmików i setki zdjęć to na żywo robi to państewko ogromne wrażenie.

DELIKATNY WSTĘP

No to zacznijmy od początku. Od samego początku, czyli najpiękniejszego podobno lotniska. Uwielbiam te rankingi….najlepsza linia lotnicza, najpiękniejsza plaża, najlepsze lotnisko. Kto za to komu płaci? Z pewnością singapurskie lotnisko otrzymało to zaszczytne miano za coś.  No owszem są te wodospady i inne cuda, ale niestety brak mi podstawowych informacji. Dość słabo jest opisane mimo całego swojego rozmachu i co tu dużo mówić – piękna.

Jak się dostać do centrum z lotniska? Kolejką T3 linią zieloną za aktualnie 6,70 dolarów singapurskich. Kupiliśmy kartę na trzy dni ale nie jestem do końca pewna czy było warto. Na pewno wygodnie.  Na każdej stacji metra są ogromne centra handlowe. Zgubiłam się kilkanaście razy. Za każdym razem wychodziłam gdzie indziej. A gdy już opanowałam topografię metr – nadszedł czas wyjazdu do Indonezji.

Zaskoczeniem był dla nas hotel. YMCA – jeśli ktoś wie co oznacza ten skrót czyli Związek Młodych Katolickich Chłopców to ma świadomość czego może się spodziewać. Hotel ma trzy pietra z pokojami, a pozostała część to sale wykładowe, kluby, siłownia, basen i… kaplica, a obok kościół.

Hotel był nieco kościelny ale największą jego zaletą była odległość do metra i  pysznego jedzenie Ogólnie jestem tym miejscem zachwycona.

No i te widoki z hotelu… Na Marinę, na drapacze chmur i na piękne Muzeum Narodowe.

A oto wspomniany kościół będący częścią integralną hotelu.

Po kilkunastu minutach żołądki się upomniały o swoje. Przez całą adrenalinkę zapomnieliśmy o jedzeniu. Na szczęście tutaj jest wszystko na wyciągnięcie ręki. Trafiliśmy do miejsca w którym specjalizują się w Ramen. Wiem …wiem…, że nie po japońskie jedzenie tutaj przyjechałam, ale to było tak dobre, że wracaliśmy tam kilka razy. Zresztą w Singapurze trudno mówić o lokalnej kuchni. Jest chińska, japońska, hinduska, odmiany arabskiej …chyba jest tutaj wszystko. Skoro więc jest tutaj totalna mieszanka kultur i kuchni to uznaliśmy, że będziemy jeść wszystko co mam oczy podpowiedzą. I oczywiście kilka potraw, które wybraliśmy świadomie przed wylotem. Ten wieczór był dedykowany dwum potrawom –  Karakamen i Tantanmem. Każde z tych dań kosztowało około 8 dolarów.

Kolejnego dnia zajadaliśmy się Mazemen i Butashoga Ramen. Lokal polecam – znajduje się w stacji metra Dhoby Ghaut


A TERAZ W MIASTO

Zachłyśnięci opowieściami o Singapurze, od razu chcieliśmy wszystko. No tutaj tak się nie da Singapur trzeba zrobić metodycznie, spokojnie i z planem. A my go mieliśmy. Rozpoczęliśmy  wycieczkę od Meriliona, ale wcześniej wysiadając z metra zwróciły naszą uwagę budynki. Raffles Place – jest centrum dzielnicy finansowej, i obecnie jest siedzibą wielu dużych banków. Znajduje się w centrum miasta w obszarze centralnym i zawiera jedne z najwyższych budynków i punktów orientacyjnych w kraju. Założyciel współczesnego Singapuru, Sir Stamford Raffles , chciał, aby Singapur stał się „wielkim centrum handlowym ”.

W Raffles Place znajduje się kilka kluczowych budynków, w tym UOB Plaza, One Raffles Place, Republic Plaza, Singapore Land Tower i OCBC Center. W pobliżu znajduje się Fullerton Hotel Singapore , hotel mieszczący się w odrestaurowanym starym budynku Poczty Głównej, słynna ikona turystyczna Merlion oraz ultranowoczesny teatr Art Centre Esplanade w kształcie duriana. W pobliżu znajduje się również giełda Singapuru – Singapore Exchange.

Co to takiego ten Merlion? Legendarny symbol Singapuru. Zaczynając od tej strony mamy piękny widok na Marinę. Kierujemy się w lewo i docieramy do sławnego symbolu miasta –  Oryginalny posąg, który mierzy 8,6 m, pełni dodatkowo funkcję fontanny.

Postać Merliona największe wrażenie robi nocą. Wieczorem można podziwiać go na tle ogromnych wieżowców rozświetlonych tysiącami świateł.

Istnieje legenda, która tłumaczy pojawienie się Merliona. Dawno temu, wieki przed powstaniem samego Singapuru, miał żyć na tych terenach potwór o niezwykłej budowie ciała: miał głowę lwa i ciało ryby. Co więcej, podobno z jego oczu ział prawdziwy ogień. Wedle legend chronił on mieszkańców tego lądu, niszcząc wszelkich wrogów samym swoim spojrzeniem. Pewnego dnia rozpętała się ogromna burza, która niszczyła domy i zalewała cały ląd. Nagle potwór osłonił wyspę swoim ciałem, by w ten sposób uchronić ziemię i jej mieszkańców przed szalejącym żywiołem. W ramach wdzięczności ludzie zaczęli budować stworowi pomniki, czyniąc go symbolem powstającego miasta.

Zatrzymując się przy nim możemy podziwiać pozy, miny, cuda i dziwy turystów. Poddajemy się temu w wersji light i idąc w lewo obchodzimy całą Marinę.

Spacer po Marinie sprawia, że zgodnie dochodzimy do wniosku – z każdej strony jest fotogeniczna.

Docieramy do efektownego mostu – Jubilee Bridge to most dla pieszych rozciągający się nad rzeką Singapur, łączący Merlion Park i The Esplanade. Kolejny most – Helix Bridge – to kładka, która przypomina DNA.

Mijamy ArtScience Museum w kształcie lotosu i na chwilę zatrzymujemy się przy stawach z nenufarami.

I wreszcie ONA – w całej okazałości – ogrom luksusu i niewyobrażalnych pieniędzy  – Marina Bay Sands. Choć widać  ten hotel z każdej strony Mariny – z bliska robi ogromne wrażenie. To chyba najbardziej rozpoznawalny hotel na świecie. Kompleks obejmuje hotel z 2561 pokojami, centrum kongresowo-wystawowe o powierzchni 120 000 metrów kwadratowych centrum handlowe The Shoppes o powierzchni 74 000 metrów kwadratowych – które zmęczyło mnie gdy tylko do niego weszłam, muzeum, duży teatr, restauracje „sławnych szefów kuchni”, dwa pływające kryształowe pawilony, wystawy sztuki i nauki oraz największe na świecie kasyno atrium z 500 stołami i 1600 automatami do gier. Kompleks obejmuje trzy wieże oraz 150-metrowy  basen infinity podobno z zimną wodą.

Naszym celem pierwszym jest Marina Bay OverPass czyli punkt widokowy z którego już widać czubki drzew w Garden by the Bay. Ileż tu mostów – kolejny niezwykle widokowy to Dragonfly Bridge.

Przechodzimy mostem i zaczyna się zaczarowany świat. Roślinność oszołamia. Gardens by the Bay było częścią narodowych planów przekształcenia „Miasta-ogrodu” w „Miasto w ogrodzie” w celu podniesienia jakości życia mieszkańców poprzez zwiększenie  flory w mieście. Udało im się to. Wracaliśmy tutaj wielokrotnie i  w dzień i w nocy, i za każdym razem byliśmy zachwyceni.

Ten nasz pierwszy raz postanowiliśmy dedykować drzewom z górnej kładki. Świetne wrażenia.

Do wieczornego muzyczno-świetlnego spektaklu Garden Rhapsody w okolicy superdrzew mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc poszliśmy na spacer odkrywając okazałe rzeźby, których jest tutaj 40. Od razu rzuca się w oczy rzeźba Planet – dziecko zawieszone w powietrzu – to oczywiście takie wrażenie uzyskane dzięki wsparciu całej ogromnej postaci na dłoni. To długa na 9 m i wysoka na 3 m figura z pomalowanego na biało brązu, przedstawiająca dziecko, syna twórcy, Lucasa.

SINGAPUR BY NIGHT

Pokazy odbywają się codziennie o 19.45 i 20.45 i przyciągają tłumy widzów. Stojąc pod superdrzewami, obserwowaliśmy feerię barw, która wraz z muzyką tworzyła magiczną atmosferę. Na pokazie byliśmy dwa razy. Po raz pierwszy oglądaliśmy go  z położonej 22 metrach kładce (OCBC Skyway), i widowisko wyglądało z niej spektakularnie. Kolejny raz – postanowiliśmy oglądać z dołu. Sama nie wiem co piękniejsze. Leżeliśmy na ziemi podobnie jak większość zgromadzonych osób i słuchaliśmy Carmen, oglądając ten niezwykły spektakl. To było wyjątkowe.

Warto wiedzieć, że będąc na platformie obserwacyjnej możemy podziwiać nie tylko Garden ale całą panoramę Mariny.

Po zakończeniu spektaklu przeszliśmy na pokaz fontann przy Marinie. Tutaj byłam lekko rozczarowana, ale pewnie dlatego, że widziałam piękniejsze w Tibilisi, w Batumi i w Dubaju. Natomiast widoki wokół rekompensowały wszystko.

Jest ciepły wieczór i spacerem, trochę długim docieramy do stacji metra. Jesteśmy wykończeni ale szczęśliwi. Było pięknie. Singapur nocą wygląda bajkowo. Widziałam mnóstwo filmików, tysiące zdjęć ale zobaczyć to wszystko na żywo, usłyszeć Carmen pod superdrzewami, ujrzeć fontanny na tle drapaczy chmur to jest to. Warto tutaj być. Ale warto pobyć chwilę dłużej. Dobrze to zaplanować.

To co widać poniżej to górna część wiru fontannowego. Efektowny spad jest oczywiście w centrum handlowym Marina By Sand

Wokół jest mnóstwo ławek i leżanek. Na dwóch z nich położyliśmy się i napawaliśmy się takim widokiem.

Wystarczy przejść na drugą stronę by też nie móc oderwać wzroku.

Ale nie tylko ta strona Mariny zachwyca i robi wrażenie. Postanowiliśmy zerknąć na nieco inną stronę i przedłużając sobie spacer dotarliśmy do wspomnianego już w tym wpisie hotelu stworzonego z rozmachem w budynku Poczty Głównej – Fullerton Hotel Singapore . Po drodze przeszliśmy przepięknym mostem. Mogłabym spędzić tutaj całą noc, zapominając o spaniu.

To był nasz pierwszy dzień, a widzieliśmy tyle, że odnosiliśmy wrażenie jakby minęło kilka dni i nocy. Pięknych dni i nocy. Można powiedzieć, ze Singapur to przecież nie tylko Marina – no jasne – ale z jakiegoś powodu wracaliśmy tu kilka razy.

komentarze 4

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *