100 z 7000 CZYLI HUNDRED ISLANDS BEZ PLANU

Na wyspie Luzon, 240 km na północ od Manili znajduje się niezwykłe miejsce. Chroniony obszar The Hundred Islands National Park, który jest  położony kilka minut drogi tuk tukiem od centrum miasta Alaminos. Chociaż nazwa mówi o stu wyspach, w rzeczywistości jest ich 124 w czasie odpływu i 123 podczas przypływu.

Lądujemy w Manili. Raczej nigdy nie korzystamy z taksówek lotniskowych. Napisałam „raczej” ponieważ jeśli nie ma wyjścia tak jak w Indiach – to po prostu nie ma wyjścia. Najczęściej jednak jest i tak było i tym razem. Wystarczy przejść kilka, dosłownie kilka kroków prosto , mijając 2 pawilony, po prawej taki niby kiosk, w którym jest mydło i powidło, a po lewej jadłodajnię. Niech was nie zmyli to, że skoro jest ona poza terenem lotniska to jest taniej. Właśnie nie. 2 razy drożej i 20 razy słabiej pod względem smakowym. Przetestowane.  No ale szukamy taxi. Idziemy więc 200 metrów od hali przylotów i już jedziemy za 5 razy mniej niż cena wywoławcza. Jedziemy do Manili. To co widzę z okien taksówki doskonale mi pasuje do Azji, którą znam. Taki klimatyczny syf. Ci którzy lubią Azję, muszą mieć doskonałe zdolności adaptacyjne. Najpierw chcemy spokojnie usiąść i napić się Red Horsa i zjeść coś ulicznego. Na początek idą ich niby sataye, ryż i jakieś mięsa. Smakuje nam, ale w duchu mam nadzieję, że Filipiny mają coś więcej do zaoferowania w kwestiach kulinarnych typu Street Food. Teraz możemy iść na dworzec autobusowy Star Five. Autobusy do Alaminos odjeżdżają co chwilkę. Nie trzeba wcześniej kupować biletów, zresztą chyba nawet nie da się. Po prostu podchodzisz, płacisz kierowcy i wsiadasz na wygodnym siedzeniu. Koszt to 400 Php na osobę. Jazda nie jest męcząca, trwa 5 godzin. W trakcie drogi jest przystanek – można coś zjeść, wypić herbatę, rozprostować nogi. Podczas drogi doświadczamy po raz pierwszy serdeczności Filipińczyków – pilnują byśmy wysiedli gdzie trzeba, są tacy uprzejmi…potem było już zawsze tak.

Na miejsce dotarliśmy o 1,00 w nocy. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy w podróży od 48 godzin – całkiem nieźle się trzymamy. Gdy tylko wyszliśmy z autobusu dopadli nas tuktukowcy oferując podwiezienie. Pytali gdzie. Hmm…no właśnie gdzie? Niech oni mi powiedzą. Nie mamy zarezerwowanego noclegu.

Oto ja po 48 godzinach w podroży. Ps ale obcasy są – hahaha

Mówimy, do kierowcy, że chcemy czysto, ładnie i tanio. Tym sposobem trafiamy do Gesthousa tuż przy porcie, gdzie nocleg kosztuje nas tylko 1000 php za pokój. Dodatkowo okazuje się, że właściciel może nam pomóc zorganizować rano wyjazd na overnight camping na 100 Wyspach. Super , bo myślałam, że będziemy potrzebowali trochę czasu by się na miejscu porozglądać. To może nam pozwoli szybciej wracać jeśli będziemy mieli poczucie nasycenia tym miejscem świata.

Miejscówka- taki oto domek 2 pokoje łazienka, ale wszystko czyste i w środku przyjemnie

Koszt 2 dniowego overnight campingu, łódź na 2 dni i Island hopping to 1500 php za osobę.

Do portu podwozi nas gospodarz.

Tylko trzy z ponad stu wysp zostały zaadaptowane do potrzeb turystów: Governor Island, Quezon Island, and Children’s Island. Na tych wyspach można coś przekąsić, wynająć kajak, czy kupić pamiątki.

Płyniemy…i już pierwsze widoki przykuwają naszą uwagę, wysepki wyglądają jak grzybki.

My do zamieszkania na 1 noc wybraliśmy Quezon Island, ale tripy zaczęliśmy od Governor Island. Widoki na wyspie i z wyspy na inne wyspy są fantastyczne.

Jest tam i niewielka jaskinia i tarasy widokowe, na które można się wspiąć po licznych schodach.

Red Hors okazał się tutaj zbawienny. Upał niesamowity lał się z nieba, a my biegaliśmy z wyspy na wyspę. Tak – biegaliśmy, bo z tej wyspy mogliśmy przejść ruchomym mostem na drugą – Virgin Island. Frajda niesamowita! Każda fala zarzucała mostem, a my musieliśmy złapać i utrzymać balans. No oczywiście z czasem byliśmy mistrzami.

Docieramy do miejsca, gdzie możemy poskakać z pomostu, ale frajda:)

Popłynęliśmy dalej i omijając pełną Filipińczyków Children’s Island, dotarliśmy do idealnego miejsca – Lopez Island. Zostaliśmy tam na kąpiele, i te  morskie i te słoneczne. Byliśmy tam sami. Szaleliśmy wśród fal i nareszcie poczułam urlop!

Leżąc na tej ślicznej plaży – nie musiałam nic, nigdzie nie gnałam, nie musiałam zdążyć na żaden środek lokomocji, bo ten ważny dla mnie dryfował kilka metrów od brzegu cierpliwie czekając na nasz znak, kiedy już znudzi nam się nic nie robić w tym pięknym miejscu. Ten czas nadszedł. I wtedy nasz rybak popłynął z nami do Quezon Island – na tej wyspie mieliśmy zostać na noc.

Na tej wyspie jest możliwość kupienia jedzenia, picia, uprawiania wszelkich sportów wodnych i oczywiście rozbicia namiotu. To stanowiło dla nas największy problem. Gdzie go rozbić?

Chciałam oczywiście na plaży, ale przestrzegali, że wieczorem plaży brak. Faktycznie plaża zmniejszała się z każdą chwilą, aż całkiem zniknęła. Powstały 2 wyspy – ta na której spaliśmy i ta gdzie było zaplecze. Przechodziliśmy pomiędzy nimi brodząc w ciepłej wodzie, patrząc na odbijający się w wodzie księżyc…ale czad!

To co bardzo mi się podobało, to całe rodziny Filipińczyków grillujące i pijące rum, ale przede wszystkim bardzo dobrze się ze sobą bawiące. Ja w tej części świata uwielbiam to – czy to Kambodża, Malezja, Indonezja…to życie rodzinne kwitnie na szeroką skalę.

Ostatecznie rozbiliśmy namiot w bardzo widokowym miejscu, ale niemal przy pomniku, który przyprawiał mnie o zawał za każdym razem gdy wychodziłam z namiotu – myślałam, że ktoś się czai. Noc w małym dwuosobowym namiocie nie była łatwa. No ale co? Chciałam overnight  to mam. Przypomnieliśmy sobie czasy gdy jeździliśmy pod namioty na Mazury. To były wyprawy! Teraz to luzik. Jeszcze nocą przy świetle tego jasnego księżyca pływałam w morzu…Uwielbiam tak!

Kolejny dzień. Otwieram namiot – słońce, odpływ…widzę plażę.

Nasz łódkowy pojawia się przed czasem, zatem czas zacząć drugą część hoppingu.

Zaczynamy od pięknej Marcos Island z piękną a la cenotą.  Do wyspy musieliśmy dopłynąć wpław i tak samo wrócić. Mieliśmy ją do swojej dyspozycji.

Na każdej z wysp jest kilka miejsc do biesiadowania i willa do wynajęcia z obłędnym widokiem.

Resztę czasu spędziliśmy na skakaniu z wyspy na wyspę. Na jednych były piękne plaże, na innych jaskinie, ale wszędzie nam się podobało.

Uznaliśmy jednak, że kolejnego dnia hoppingu już byśmy nie chcieli, więc po powrocie do naszego „hoteliku” wzięliśmy prysznic, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę.

Tam jest niewyobrażalnie tanio – zjedliśmy za 5 zł na 2 osoby – zupę, rybę, ryż i warzywa i za kolejne 5 zł pojechaliśmy na terminal by autobusem wrócić do Manili. Cena ta sama 400 php czyli 32 zł. Autobus stał i czekał. Tym razem jechaliśmy 6 h.

Pierwszy LEVEL za nami. Będziemy go miło wspominać. Mimo początkowego zmęczenia, brak pośpiechu sprawił, że już naładowaliśmy akumulatory. Zyskaliśmy tez poczucie graniczące z pewnością, że plany zawsze możemy zmienić tak jak dzisiaj, że nic na siłę. Bez rezerwacji też się świetnie podróżuje i nawet …dość lekko.


JAK ZROBIĆ Z BIRMY FILIPINY
Marzec 18, 2017

MIASTO KONTRASTÓW – MANILA
Kwiecień 9, 2017

Komentarze:

Dodaj komentarz