HOI AN – MIASTO LAMPIONÓW, KRAWCÓW I ARCHITEKTURY

Hoi An – perła! To miasto które absolutnie mnie uwiodło. Zachwycaliśmy się wszystkim…ładnymi plażami, spokojem, zabytkami, architekturą, targowiskiem, ulicznym jedzeniem, modą – to miasto krawców i chyba Mediolan mógłby się inspirować. Od razu widać różnicę między Hoi An, a innymi miastami Wietnamu. Tutaj wszystko pięknie się zachowało. Miedzy innymi dzięki naszemu rodakowi – Kazimierzowi Kwiatkowskiemu – który był prekursorem starań o zachowanie wyjątkowego stylu i charakteru miasta. Jego pomnik dumnie stoi na placu. Dzięki jego działaniom miasto oparło się zmianom wprowadzanym przez komunistów. Dzięki jego staraniom zachowała się urokliwa starówka i dzisiaj obok Zatoki Ha Long, Hoi An jest najczęściej odwiedzanym miejscem w Wietnamie.

Nasz rodak jeszcze nie raz pojawi się w moich wpisach w zakładce Wietnam. Szanowany jest ogromnie i to do dzisiaj…choc upłynęło wiele lat. I do dzisiaj w Hoi An stoi w centralnym miejscu jego pomnik. W sercu Starego Miasta.

Ale zanim dotarliśmy na piękne Stare Miasto…nie chcąc tracić ani chwili – zaraz po przybyciu do hotelu i zrelaksowaniu się w basenie, podjechaliśmy na wybrzeże. Najpierw plaża Bai Tam Anbang.

Plaże na pewno są ładne, ale to nie są plaże marzeń, o wiele piękniejsze były w Mui Ne, niemniej warto zatrzymać się tutaj i trochę odetchnąć, i wsłuchać się w morza szum. Tylko czy my potrafimy jeszcze odciąć się, wyciszyć, odpocząć? Po godzinie już nas nosiło. Do wody wchodziło się już na  „trzy cztery” bo woda jest chłodniejsza niż na południu. Plaża Bai Tam Anbang jest dość oblegana. Ma dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, na czele z uroczymi knajpkami doskonale wkomponowanymi w linie brzegową. Trzeba przyznać, że knajpki wokół plaży są imponujące. Mam tu na myśli zarówno rozmiary, rozmach, jak i wybór jedzenia. Nie mogliśmy odmówić sobie wietnamskiej kawy- jakaż ona jest mocna! Nie przeszliśmy też obojętnie obok ostryg. Świeże i tanie – czego chcieć więcej.

Wśród knajpek

 

Zadowoleni i zrelaksowani, postanowiliśmy jeszcze całkiem z tego nie rezygnować, lecz tylko zmienić otoczenie i plaże. Tym razem trafiliśmy na istne  „Las Palmas” czyli plażę Cua Don. Początkowo chodziła nam po głowie myśl by wrócić tu wieczorem- musi się dziać, ale ze starówką nawet plaża nie wygrała.

 

Ale nas ciągnie do miasta….Czas na serce Hoi An. Czas przywitać się ze Starym Miastem. Najsprawniej zwiedza się je zaopatrując się w punktach informacji w bilet combo. Bilet ważny jest przez cały pobyt i uprawnia do wejścia do pięciu atrakcji, jeśli chcielibyśmy zwiedzać kolejne pięć, należy kupić kolejny bilet. Kosztuje 125 000 Dongów ( około 80 zł )

Co możemy zwiedzić? 

  • Tradycyjne domy – Tan Ky, Duc An, Quan Thang, Phung Hung
  • Zadaszony Most Japoński ze świątynią buddyjską – Japanese Covered Bridge
  • Hale zgromadzeń – Assembly halls – piękne Quang Trieu i Phuc Kien
  • Muzea – Museum of Trade Ceramics, Museum of Sa Huynh Culture, Museum of Folk Culture, Museum of Hoi An
  • Świątynie – Quan Cong Temple

*Listę atrakcji z adresami dostaniecie razem z biletem.

Zanim do nich dojdziemy mijamy targowisko i podziwiamy ulice w odległości kilku metrów od naszego hotelu.

Czas poznać to niezwykłe miasto. Kupiliśmy bilet i zaczęliśmy od Pagody Quan Cong Temple.

Potem był Phuc Kien  Assembly Hall i Quang Trieu Assembly Hall. Zrobiły na nas jeszcze większe wrażenie niż Pagoda. Architektura niezwykła. Zdobienia, ornamenty…można dostać zawrotu głowy. Ale po kolei….

Ulice kolorowe, pełne wielobarwnych lampionów, które nocą świecą nadając temu miastu niepowtarzalny klimat. Przechodząc z jednego miejsca do kolejnych, nie potrafimy oprzeć się urokowi sklepików.

Czas na przepiękne Phuc Kien  Assembly Hall. Sala Zgromadzeń Phuc Kien, znana również jako Sala Zgromadzeń Fujian, jest jedną z 5 oficjalnych sal zgromadzeń w Hoi An. Chińczycy od dawna bardzo cenili życie społeczności. Aby zjednoczyć się w celu wymiany handlowej i wzajemnej pomocy w razie problemów, założyli oni własne sale zgromadzeń. Fujian Assembly Hall słynie z piękna, przepychu i świetnie zaprojektowanej przestrzeni. A te tendencje chińczyków do działania w ramach wspólnoty oglądamy niemal zawsze w podróży, chociażby wtedy, gdy w tych samych koszulkach wspólnie pozują do grupowych fotek. .

 

Wreszcie przechodząc przez naprawdę piękny Japoński Most, trafiamy do Tradycyjnych Domów. Przejście w obie strony wnętrzem mostu jest płatne. I taka ciekawostka może komuś się przyda: gdy sie nim tylko wraca tj z zachodniej strony na wschodnią wówczas się nie płaci. Most robi na nas wrażenie z zewnątrz. Most jest nietypowy – pokryty jest pięknym dachem, na dodatek w jego północnej części znajduje się maleńka świątynia poświęcona bogowi północy Tran Vo Bac De. Został zbudowany na początku XVII w przez japońskich rzemieślników, aby połączyć część miasta zamieszkiwaną przez Japończyków z dzielnicą chińską. Obie nacje żyły tutaj obok siebie i łączyły je wspólne interesy.

Z każdej strony jesteśmy niemal bombardowani widokami jak z pocztówek. Wystarczy odwrócić głowę by coś przykuło naszą uwagę na kolejne minuty, by uruchomić aparat, bo jak można tego nie zapisać na karcie.

W tym mieście jest tak pięknie, że postanawiamy porzucić jednak zwiedzanie i pójść na spacer. Kilka pstryków z ulic.

Spacer nam dobrze zrobił, teraz możemy wrócić do zwiedzania. Nie lubię zwiedzać miejsc, nie znając ich topografii, a dzieki tej przerwie juz poznaję poszczególne punty pomagające w orientacji. Zaczynam się czuć w tym miejscu coraz pewniej, coraz lepiej, jeszcze lepiej.

Najpierw Phung Hung, potem kolejno Tan Ky, Duc An i Quan Thang. W Duc An nadal od 6 pokoleń mieszka rodzina. Udostępniają dom zwiedzającym za drobną opłatą. Dziadek sprzedaje bilety, a jego córka szykuje gościom jedzenie. To tutaj po raz pierwszy jedliśmy White Rose. Pyszny pierożek z mięsem. ALe po kolei…

I trafiamy do zamieszkanego domu….Witają nas dzieciaki, a dziadek za niewielką opłatą wpuszcza nas do środka. Jako, że dom nadal pełni swoje funkcje, nie jest na liście atrakcji do których wchodzi się dzieki zakupionym biletom. Warto zapłacić i zobaczyc jak w dalszym ciągu żyją w nim pokolenia. Oczywiście przedsiębiorcze pokolenia, bo Pani domu szykuje dla gości drobne przekąski. My zamawiamy wspomniane White Roses.

Menu jest krótkie, ale może to dobrze. Gwarancja świeżości. Wszystko na miejscu robione. Swojskie.

Weszliśmy jeszcze do Cantonesse Assambly Hall – Quang Trieu Assembly Hall.-  w jedną z bocznych uliczek. Sala zgromadzeń Quang Trieu jest jednym z najbardziej znanych historycznych budynków w Hoi An W centralnym ogrodzie znajduje się fontanna ze smokiem wykonanym z rozdrobnionej ceramiki. Została zbudowana w 1885 roku przez chińczyków, którzy przybyli z Guangdong / Cantonese. Sala jest dość ozdobna i kolorowa. Wszystkie materiały budowlane zostały ukończone w Chinach, przywiezione tutaj, a następnie ponownie złożone.

 

 

W Hoi An, niemal non stop coś jemy. Uliczne przysmaki wołają do nas!. Uwielbiamy jeść coś nowego i zawsze sie dajemy namówić sprzedawcom. Zjedliśmy kolejny przysmak –  pierożki ( inne ) z krewetkami i mięsem – te drugie zdecydowanie smaczniejsze.

Wreszcie usiedliśmy w jednej z knajpek w pierwszej linii brzegowej i po prostu zastygliśmy z wrażenia. Musicie wiedzieć, że Hoi An to miasto lampionów. Po zmroku rozświetlają całą starówkę. Jest to jedno z piękniejszych miast w Azji, w jakim byliśmy. Widok pięknie oświetlonych łódek z lampionami sprawił, że poddaliśmy się temu i zafundowaliśmy sobie taki rejsik puszczając lampiony. Był krótki ale uroczy i cieszyliśmy się po epikurejsku chwilą.

i czekamy na kolejne delicje

Widoki nas zachwycają…są momenty kiedy zwyczajnie nic nie mówimy. Jest pięknie. A właściwie to taka chwila, którą trudno opisać racjonalnymi słowami konwencjonalnego języka polskiego.

 

Trwaj chwilo…trwaj. Chcę tak zawsze.

Do hotelu wracaliśmy targiem, na którym kłębiło się mnóstwo ludzi i oferowano niezliczone ilości i rodzaje jedzenia. Większość rzeczy widzieliśmy po raz pierwszy, choć wydawało się nam, że azjatyckie street food znamy świetnie.

Tak nas wciągnął klimat tego miejsca, że jeszcze tej nocy po schłodzeniu się w basenie wyskoczyliśmy na targowisko objadać się ślimakami, oraz niezdarnie, własnoręcznie zawijanymi sajgonkami i oczywiście naleśnikami z bananami.

Na takie jedzeniowe wyprawy udawaliśmy się nieustannie. Zachwycaliśmy się pizzą Hoi An z jajeczkami przepiórczymi, pierożkami i sajgonkami, satayami. Mogliśmy wyskakiwać na uliczne jedzenie, wracać na basen do hotelu i znowu gdzieś biec bo hotel był w samym sercu miasta. Jakież to wygodne.

Moglismy tez kupić lampiony i życząc sobie co tylko chcemy puszczać je na wodę. Podobno potem je ktoś wyławia, więc z ekologią za  „pan brat”, nie wiem tylko co ze spełnieniem marzenia w takiej sytuacji.

Żadna plaża nie wygrałaby z klimatem nocnego Hoi An.

 


Na szczęście na Hoi An zaplanowaliśmy kilka dni. Mogłabym byc tutaj nawet tydzień, lub dłużej, biorąc pod uwagę okolice. Gdyby ktoś zapytał mnie dzisiaj czy bym tam wróciła to odpowiedziałabym , że natychmiast! Tylko z pełną sakwą, bo ubrania szyte w tym mieście nie ustępują najlepszym europejskim markom.

Każdy dzień był pełen pieknych wrażeń i zachwytów. Spacerowaliśmy, poznawaliśmy miasto z poziomu siodełka…cieszylismy sie wszystkim. Cały wyjazd do Wietnamu był pasmem nieustającej radości, wzruszeń, błogości. Za niczym nie goniliśmy, sprzyjała nam piekna pogoda, spotykaliśmy serdecznych ludzi, a Hoi An było wyjatkowe pod każdym względem. Idziemy na kolejny spacer…

Zjemy też żabki…całkiem dobre. Jedlismy już nie raz, ale te były wyjątkowo smacznie doprawione – znają się na żabach.

Spotykamy ludzi…uwielbiam ludzkie twarze. gdy nie ma w nich botoksu widac całe życie.

Lampiony…ciągle je widzimy, są wszędzie, a jednak nie umiemy przestać się nimi zachwycać. Aparat robi sam zdjęcia. Kołyszą sie nad głowami, rozświetlają nocą rzekę…i nigdy nie mam ich dość. Chcę więcej!

Dni mijały nam również na oglądaniu miasta z poziomu sidełka rowerowego. Był to naprawdę piękny czas. Ostatniego dnia odkryliśmy knajpkę w której serwowano typowe dania dla Hoi An. Genialne.


Na koniec kilka pstryków z hotelu, tak świetnie położonego, tak wygodnie, z obsługą jak to w Wietnamie – przemiłą, śniadaniami doskonałymi, rowerami w cenie., miejscami do relaksu, basenem z cieplutką wodą. Polubiliśmy to miejsce.

 

 

 Hoi An zapamiętamy jako miasto piękna, lampionów, pysznego jedzenia, wspaniałych ubrań i ładnych plaż…a Wojtek pewnie będzie pamiętał swoją żabę, która w księżniczkę się nie zamieniła, ale smakowała wybornie. Cóż mogę jeszcze dodać – kolejne miejsce w Wietnamie i kolejny zachwyt. Czy coś mnie rozczarujew tym kraju? 

 

 

 

 

 

 

 


DALAT – WIETNAMSKI PARYŻ
Wrzesień 4, 2019

MY SON – MIEJSCE WAŻNE
Październik 2, 2019

Komentarze:

  1. Przepiękne zdjęcia, aż chciałoby się tam być. Tyle kolorów! A dania wyglądają wybornie (chyba tylko żaby mnie nie przekonują 🙂 )

  2. Wcale się nie dziwię Waszym zachwytom, ja bym tam choćby ze względów spożywczych pojechała 😍 i te kolory 💙

  3. Świetne zdjęcia i świetna nimfa z ciebie :-))
    Jaka to egzotyka, chociaż nie wiem co ja bym jadłą, bo z tą egzotyką w jedzeniu to różnie bywa…

Dodaj komentarz