Ameryka,  Meksyk

WIELKĄ MEKSYKAŃSKĄ WYPRAWĘ CZAS ZACZĄĆ

Nawet mi się nie śniło, że powrócę do Meksyku. Skoro już byłam to wydawało mi się, że czas na kolejne kraje – no i ok i były, jednak gdy tylko wylądowaliśmy w Cancun – wiedziałam, że była to świetna decyzja. Prawdę mówiąc to przekonanie towarzyszyło mi każdego dnia, co więcej każdy kolejny dzień był lepszy, i jeszcze lepszy…Każde kolejne miejsce, kolejne miasto coraz piękniejsze.


To będzie opowieść o fantastycznych miejscach, ludziach, przewodniczce i jedzeniu. Pisząc o ludziach mam na myśli nie tylko autochtonów, ale tych z którymi przez kilkanaście dni dzieliliśmy hotele, środki transportu, zmęczenie, ale przede wszystkim radość. Jest takie powiedzenie: „co cię nie zabije to cię sponiewiera„. Czasami się tak czułam, ale satysfakcja była większa. Warto dodać, że każdy dzień był radosny – nawet gdy padał deszcz, każdy dzień nas cieszył – nawet gdy pobudka była o 5 rano i  nawet nie umieliśmy pokłócić się za bardzo, bo wszystko było świetne…no może poza zdjęciami, które ja robiłam. Tych tutaj zobaczycie niewiele – będą zdecydowanie zdjęcia Wojtka.

Co do ekipy – zobaczcie to wspólne zdjęcie zrobione zupełnie spontanicznie. Każdy w grupie był na czas, każdy miał klasę i styl, co bardzo, ale to bardzo wpływa na całokształt wycieczki. Dziękuję Wam za to – wiem ,że czytacie.

DZIEŃ 1

Lot 12,5 h minął błyskawicznie, szybka odprawa, zakup karty za 200 peso (wystarczyła na cały pobyt bez oszczędzania, więc nie słuchajcie, że należy kupić droższą) i już jesteśmy w autokarze – badawcze spojrzenia wszystkich wokół – no bo w końcu jesteśmy swoimi towarzyszami doli lub niedoli i ruszamy. Pierwszy hotel jest w Cancun – w centrum miasta, bardzo młodego miasta, choć wcale na takie nie wygląda. Nam to bardzo odpowiada, jestem nawet niezmiernie ciekawa jak jest w miejscu, które nazywane jest „plastikowym Meksykiem” Warto zobaczyć, by się przekonać. Tak więc jeszcze przed kolacją wybraliśmy się na rekonesans, wymianę i wypłatę pieniędzy i na pierwsze zakupy. Oczywiście straciliśmy głowę w strefie z przyprawami i salsą (nie wiem kto to teraz zje bo ostra, że hej. Edit – okazuje się, że dla syna Igora to nie jest ostre).

Kilka słów o hotelu – Plaza Kokai to 3* hotel z basenem – chyba jedyny tylko 3* na tym tripie  – i tu warto wyjaśnić, że choć wszystkie takie miały być to okazało się, że na ogół mieszkamy w wyższym standardzie i ku mojej radości – większość była z basenami. Nie oczekujcie jednak 5* resortów – nie na objeździe. Dla nas największą zaletą było położenie hoteli w centrach miast. Dzięki takiej lokalizacji można zawsze samemu wyskoczyć i poczuć magię meksykańskich miasteczek.

Co do wyżywienia – możecie liczyć, że menu zdominuje kurczak, a na śniadanie jajecznica. Dzień bez jajecznicy się nie liczy😉Zawsze jest dużo owoców i jakaś zupa. W jednych hotelach lepiej, w innych słabiej, ale od czego jest ulica i świeże tacosy i inne meksykańskie dania w wersji street food.

Codziennie powtarzał się ten sam rytuał: wstajemy, wystawiamy walizki, jemy śniadanie, pokazujemy bagażowym nasze walizki, który dopiero po tym je wkłada i… jedziemy.

DZIEŃ 2

Dzień 2 i pierwszy cel to znany najprawdopodobniej na całym świecie kompleks Chichen Itza. Zachowane zabytki w jego częściach południowej i zachodniej są związane z wcześniejszą kulturą Majów, natomiast w części północnej – z późniejszą kulturą Tolteków. Do najbardziej znanych należą: El Castillo – świątynia nazywana Zamkiem, to świątynia Kukulkana.

Jej wysokość wynosi 30 m. Została wzniesiona na piramidzie schodkowej złożonej z dziewięciu tarasów. Schody prowadzą na szczyt piramidy z czterech stron, każdy bieg ma 91 stopni (razem 364 stopnie), 365 stopień (czyli liczba dni roku słonecznego) stanowi wejście do świątyni. U dołu schodów rzeźbione wyobrażenia głów Upierzonego Węża strzegły wejścia do świątyni. Ciała węża wiją się aż do górnej platformy, na której stoi świątynia. W pierwszym dniu kalendarzowej wiosny można obserwować niezwykłe zjawisko ze słońcem w roli głównej – padające promienie słońca na krawędź piramidy dają efekt jakoby wąż z niej schodził

Świątynia Wojowników (Templo de los Guerreros), grupa Tysiąca Kolumn i Świątynia Jaguara oraz wiele mniejszych piramid, budowli i wolno stojących ołtarzy.

Świątynia Wojowników

Oczywiście nie brakuje boiska do peloty o długości 150m. Jest to największe boisko, ale właśnie z powodu rozmiarów podobno wcale nie służyło do gry.

Jednym z najsłynniejszych rytuałów Majów była gra w piłkę, która bardzo różniła się od tego, co dzisiaj rozumiemy pod tym pojęciem. Majowie dzielili się na dwie drużyny, a w każdej z nich było po siedmiu zawodników. Grano na dużym polu i starano się trafić kauczukową piłką do pierścienia zawieszonego na ścianie. Wszystko było tutaj dokładnie określone: wymiary pola, pierścień na wysokości 4 metrów, piłki nie wolno było dotykać dłońmi i stopami. Grano ramionami, korpusem, głową i biodrami. Czas gry: 3 – 4 dni bez przerwy albo do momentu, aż ktoś przerzuci piłkę przez pierścień. Grę kończyło składanie ofiar – kapitan przegranej drużyny odrąbywał głowę graczowi, który zdobył gola.”  

Straszne. Zastanawiam się, czy do gry przystępowali z własnej woli. Niech mi ktoś powie, że sport to zdrowie.

Platforma czaszek

A teraz idziemy do Platformy Jaguara

Chcę pokazać obserwatorium astronomiczne – jednak zdjęcia mam wyłącznie archiwalne.

Spacerkiem zbliżamy się do Cenoty Sagrado de Chichen Itza

Wokół nic się nie zmieniło….mnóstwo sprzedawców i piękne rzeczy.

Docieramy do Platformy Wenus

No właśnie, bo my byliśmy już w Chichen Itza, ba! – nawet mieszkaliśmy za płotem mogąc przechadzać się do woli po dżungli otaczającej kompleks – jednak z przyjemnością przeszliśmy się po całym terenie jeszcze raz, zwłaszcza, że nie było tym razem takich tłumów jak ostatnio. 

A kto wynalazł grę w kółko i krzyżyk?

Po 2 h zwiedzania, część grupy jedzie do Cenoty Ik-Kil. My odpuszczamy bo w niej byliśmy i prawdę mówiąc jest najbardziej turystyczną cenotą spośród 5 jakie odwiedziliśmy podczas poprzedniego pobytu. Niemniej wklejam tutaj zdjęcia sprzed lat dla zobrazowania. Jeśli ktoś nie był to uważam ten fakultet za obowiązkowy. Mimo turystycznego charakteru – być na Jukatanie i nie pływać w cenocie to poważny grzech zaniechania.

Co zatem my robimy w czasie, gdy inni moczą się w orzeźwiających wodach? Po wyjściu z kompleksu postanawiamy poprzechadzać się po okolicy. Nie ma tu nic ciekawego poza knajpkami ze swoistym ceratkowym folklorem, który bardzo lubimy. Knajpka? Haha raczej coś na wzór kuchni polowej, ale gdzie znajdziemy świeższe jedzenie? Tylko w takich właśnie miejscach. Dodatkowo jedzący miejscowi utwierdzają nas w tym przekonaniu. Zamawiamy u mamuśki 2 rodzaje tacos i sok naturalny z owoców kompletnie mi nieznanych, a jego nazwa również była dla mnie tajemnicza – Carambola – dobry. Za wszystko płacimy 85 peso, czyli ok. 16 zł. W tym czasie pozostała część ekipy zjada lunch za 260 peso od osoby. Musicie sobie odpowiedzieć na pytanie kiedy warto jeść takie lunche. Na pewno wtedy, gdy po pierwsze nie ma innej opcji, a po drugie, gdy są serwowane specjały, których nie spotkacie nigdzie indziej. Tak było dwa razy podczas całej wycieczki i rzeczywiście byliśmy bardzo zadowoleni, ale o tym w swoim czasie.


Okazało się, że nie tylko my byliśmy na gigancie z cenot…spotkaliśmy Ewę, Rafała i Szymona…piwko było the best

Na ulicy spotkaliśmy Pana sprzedającego dwa rodzaje napojów – kakaowe i kokosowe. Wątpię, by ktoś kto nie przeżył dni w Papua skusił się na to coś. Nie zachęcało ale smakowało, choć nie na tyle by po degustacji kupić cały kubeczek.

Czas jechać dalej…

MERIDA

Merida była kolebką cywilizacji Majów, założona w 550 r n.e. Miasto zostało  jednak zniszczone, jak wiele innych miast podczas konkwisty. Historia miasta pod nazwą Merida zaczęła się w 1542 roku, kiedy zajęli się nim konkwistadorzy, a dokładniej Pan Francisco de Montejo. Nazwa miasta pochodzi od miejscowość Merida w Estremadurze w Hiszpanii,– rodzinnego miasta Francisco de Montejo. Zwiedzanie właściwie ograniczyliśmy do głównego placu – Plaza Grande, który jest bardzo zielony i pełny ławeczek dla zakochanych. Na placu stoi wielki napis MERIDA, żebyśmy pochłonięci zwiedzaniem nie zapomnieli gdzie jesteśmy.

Catedra de San Ildefonso – największa katedra na Jukatanie

Katedra budowana przez blisko 40 lat (1562-1599). Jest nazywana katedrą jukatańską, z uwagi na to, że znajduje się tutaj siedziba lokalnych biskupów.

O tej porze roku na środku placu jest bardzo ciekawa szopka, a to ze względu na wielkiego słonia. No takiego wytworu umysłu jeszcze nie widziałam.

Czas na Museo Casa Montejo – Dom wybudowany kilka lat po założeniu miasta w 1542 roku, na polecenie Francisco de Montejo, jednego z pierwszych zdobywców, którzy na półwysep przybyli z Hiszpanii. Budynek przeszedł kilka przeróbek w ciągu ponad czterech wieków, zgodnie z ówczesnymi modami stylistycznymi.

Idziemy uliczkami miasta…i fasady zachwycają.

Przy placu tradycyjnie jest Ratusz – XVII-wieczny, zbudowany od nowa w 1735, Katedra, i piękne budynki (część zniszczonych, część odnowionych)

I wreszcie Pałac Gubernatora – Raz do roku, w dniu odzyskania niepodległości – 15 września o 22,00- w Meridzie i stolicy Meksyku jednocześnie uderza się w dzwony krzycząc Viva Mexico.

Oto one

Nie brakuje też pasażu. Nas zakupy nie interesują ale figury już tak.

Uwielbiam arkady – w miastach kolonialnych Meksyku są stałym elementem architektury. Pod arkadami są knajpki. Warto usiąść, napić się piwa, lub Tequili w wersji Bandera. Zamawiamy za 100 peso czyli około 20 zł i otrzymujemy trzy trójkolorowe kieliszki. Biały kolor to tequila, zielony to sok z limonki i czerwony to coś co smakowało mi jak barszczyk czerwony, wigilijny, a sam kieliszek był zanurzony w specjalnej przyprawie z chilli. I co? I mamy kolory flagi meksykańskiej stąd nazwa Bandera. Kolejność picia jest dowolna.

Zjedliśmy również przepyszny sorbet z guajavy – nie wyglądał tak jak smakował.

Na plac wróciliśmy tuż przed północą by po raz drugi świętować Sylwestra. Wielkiej miejskiej fety nie było, ale była Bandera i prosecco z kraju.

Wracamy do hotelu, tym razem 4* i przepyszny bufet śniadaniowy. Jest też oczywiście basen ulokowany w patio, ale tym razem nikt nie miał pomysłu by z niego skorzystać. Po nocy Sylwestrowej na szczęście późniejsza pobudka.

Hotel jak na warunki wypadu objazdowego spełniał nasze oczekiwania.


Ciekawostki Ewy Zielińskiej. Mam nadzieję, że zawsze się będą pojawiały, również w kolejnych wpisach – Ewa to skarbnica wiedzy:

  • Dom Montejo na fasadzie ma figury członków jego rodziny. Stoją na głowie – co przedstawia ich jako pokonanych – ot taki gest upokorzenia
  • Merida była nazywana białym miastem ze względu na wszechobecny wapień i tym samym biały kolor ścian
  • Merida to stolica sizalu i produkowanych z niego hamaków oraz kapeluszy Panama. Bo kapelusze panamskie wcale nie pochodzą z Panamy lecz właśnie z Meridy

PODSUMOWANIE DNIA


  • Chitzen Itza – nigdy nie zawodzi
  • Jakaś cenota to obowiązek
  • Merida mimo różnych opinii w internecie nam bardzo się podoba i warto pochodzić uliczkami odchodzącymi od głównego placu
  • Nie bójcie się jadać na tzw „ceratkach”
  • Spróbujcie Bandery
  • Tego dnia zaczyna się proces budowania i integracji grupy – ten wstępny

komentarzy 9

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.