Ameryka,  Meksyk,  Podróże

MEKSYK IV – SAN JUAN CHAMULA I KANION SUMIDERO

Na ten dzień czekałam z utęsknieniem. Po pierwsze cieszyła mnie wizyta w miasteczku Indian w Chamula – miasteczku posiadającym autonomię, i już zatęskniłam za zmianą klimatu – a Kanion Sumidero gwarantował nam taką odskocznie.


ŚWIAT SIĘ ZATRZYMAŁ I…DOBRZE

Dzień 6

Niewielkie miasteczko San Juan Chamula położone jest w Chiapas w Meksyku, około 10 kilometrów od San Cristóbal de las Casas.

Ten rejon Meksyku nie został skażony przez hiszpańskich najeźdźców, tak jak reszta kraju. Zamieszkiwany jest przez plemię Tzotzil, które jest jednym ze szczepów Majów. Posługują się oni swoim językiem Tzotzil, przy czym około 60% mieszkańców nie mówi po hiszpańsku. Zachowali swoją kulturę, wierzenia i tradycyjny ubiór. Co ciekawe, miasto San Juan Chamula jako jedyne nie uznaje zwierzchnictwa władzy meksykańskiej i ma autonomię – mają swoją policję, sąd i władzę.

Kilka ciekawostek od przewodniczki Ewy:

  • Model rodziny to 2+10 lub 2+12 bez 500+
  • Posiadają często chatę krytą strzechą i w niej mieszkają , mimo, że za nią jest wybudowana należąca do nich piękna willa ze sprzętami „gringos”
  • Są świetnymi kupcami, handlowcami – często pracują w Stanach, jeżdżą tam na targi- gdzie świetnie zarabiają, ale też sprowadzają auta
  • Ważna jest tutaj struktura społeczna – to nie jednostka się liczy, a dobro ogółu
  • O bardzo wielu sprawach decyduje Rada Starszych np. o sporach małżeńskich (o zgrozo!!!)

Zatrzymujemy się na sporym parkingu, tuż w pobliżu bramy miasta.

Wiemy, że celem głównym jest kościół, w którym ludzie modlą się w nietypowy sposób, przeplatając pradawne rytuały z obrzędami chrześcijańskimi.

Jednak by do niego dotrzeć trzeba przespacerować się ulicą miasta. Przepiękny widok na całą jego panoramę już zachęca, natomiast im bardziej schodzimy w dół, czyli w głąb tym więcej autentyczności…prawdziwego życia. Budy kolorowe, uliczne jedzenie, stragany…Uwielbiam ten koloryt.

I cóż, muszę przyznać, że spece od merchandisingu mogą się tutaj uczyć eksponowania owoców. To jest sztuka. Zobaczcie co oni robą z tymi truskaweczkami, z mango… Aż nachodzi mnie wątpliwość czy kupować by nie zburzyć tej wystawki.

Docierając do głównego placu, mijamy ludzi… Jestem szczęśliwa, że mogę być w tym miejscu, że mogę ich minąć na ulicy i chociaż spuszczają głowy i przemykają szybko, chociaż unikają zdjęć – to cieszę się, że mogę tu być.

A dlaczego nie powinno się im robić zdjęć? … no chyba, że oni sami nie mają nic przeciwko temu? Kiedyś w ich wierzeniach panowało przekonanie, że zdjęcie odbiera jakąś część duszy. No ja wiem, że ja już straciłabym kilka dusz (czy to ogóle możliwe nie wiem, ale przy ilości pstryków Wojtka, tak sobie wyobrażam). Obecnie się to nieco zmienia – zobaczcie były osoby które nawet pozowały. Świat się zmienia i my się zmieniamy. Nie oceniam czy to dobre czy nie. Ale przyznam, że będąc na przykład w Etiopii, chciałam by zmiany nie następowały tak szybko. Życzyłam tamtym ludziom i tym też zachowania tej wspaniałej autentyczności bez ciuchów z sieciówek.

KOŚCIÓŁ INNY NIŻ INNE

Kościół jest bardzo ciekawy. W środku nie ma ławek, a modlący się siedzą lub klęczą na podłodze na grubej warstwie siana i igieł sosnowych. Wewnątrz panuje półmrok, pomieszczenie wypełnia gęsty dym z kadzideł i ich intensywny zapach. Pod ścianami stoją figury katolickich świętych, które stały się odzwierciedleniem majańskich bogów. Można to pogodzić? Widać tak. Kwestia wiary.

Wierzący modlą się bez narzuconego schematu czy ram czasowych, popijając przy tym Posz czyli lokalny alkohol-lekarstwo, mający również oczyszczające właściwości. Podobno w stanie odurzenia alkoholowego modlącym łatwiej jest zbliżyć się do Boga. A komu nie? Posz ma zwykle kilkadziesiąt procent i jest robiony z trzciny cukrowej i kukurydzy. Kilkadziesiąt…czyli ile? tego nie wie nikt.

Curanderos, czyli lokalni szamani i uzdrowiciele odgrywają ogromna role – diagnozują medyczne przypadłości, rzucone klątwy i uroki u mieszkańców modlących się w kościele. Gdy jest taka potrzeba, przeprowadzają oczyszczające rytuały. Zapalają świece, których ilość i kolor różni się w zależności od intencji modlitwy. Składają w ofierze kwiaty, pióra czy jajka, którymi wymachują nad głową uzdrawianego, a następnie rozbijają je o posadzkę. Jednak gdy diagnoza jest poważna i same jajka nie wystarczą, w ofierze składany jest kogut lub kura, którym modlące się Indianki zręcznym ruchem skręcają łeb i skrapiają jego krwią podłogę wokół świętego, do którego kierowana jest modlitwa.

Ja po Indonezji, a konkretnie Celebes – podziękuję za takie widoki.

Oczyszczające właściwości, według mieszkańców Chamula, ma również Coca cola. Wierzą oni, że gdy bekamy, opuszczają nas złe duchy. Gazowana Cola, która w tym pomaga, stała się nieodłącznym elementem oczyszczających rytuałów. Widzieliśmy też konkurencję.

Wrażenia z kościoła były niesamowite. I muszę przyznać, że modlą się w zatraceniu… i z pasją, w jednostajnym rytmie, który został mi w głowie na jakiś czas.

Wracając na plac znowu mijamy i widzimy ludzi. Na mnie ludzie zawsze robią wrażenie. Ci tutaj stoja przed wejściem do kościoła i widać że jest to dla nich ważne

Kupujemy u babci – która równie dobrze może być młodsza od nas (po pobycie w Wenezueli wiemy, że można się zdziwić) – marakuję – pyszność za grosze. Uwielbiamy ten owoc.

Nie potrafię też oprzeć się ananasowi. 50 peso za cały. Myślałam, ze chłopak potnie mi go, obierze i masz dziewczyno ananasa. No otóż nie. Najpierw maszynką ręczną, ale mega sprytną drąży owoc (mogłam poprosić o tę maszynkę). Wyjmuje to co najlepsze a do środka wlewa tabasco, jakieś chili i posypuje przyprawami. Do środka powoli wkłada krojone na mniejsze plastry ananasa…dekoruje…znowu polewa…My w szoku, ale cóż robić – czekamy na efekt i doznania smakowe. Najwyżej straciliśmy 10 zł. Eh…nie tylko nie straciliśmy…to było genialne – zjadłam większość tego przysmaku.

Okazało się, że moje zajadanie się ananasem z przyprawami działo się na schodach prowadzących do Rady Starszych – to tutaj zapadają wszystkie decyzje, w które nie ingeruje rząd meksykański, prawo ogólnopaństwowe jest nieużyteczne, a policji również dziękują. W sumie zaczyna mi się to podobać.

Wracamy, ale co jakiś czas przystajemy i napawamy się widokami, ludźmi, straganami… dla mnie bomba. Nie zapomnę tego miejsca.

Wyjeżdżamy niechętnie lecz z niezapomnianymi wrażeniami – wreszcie kupiłam odstraszacza mocy, który od pierwszego wejrzenia mnie …w sumie to chyba on mnie wybrał, a nie ja jego. I już wisi w 'salonie podróży’


KANION SUMIDERO

Ten dzień się nie kończy. To kolejny dzień, w którym wrażenia socjologiczne, kulturowe, religijne mieszają się zręcznie z przyrodą i widokami. Mamy podczas tego wyjazdu swoisty balans.

Kanion Sumidero – to właśnie tu spędzimy przyjemnie czas – to przełom rzeki Grijalva, położony w odległości około 40 km do stolicy meksykańskiego stanu Chiapas. Nie jedziemy więc długo.

Jego ściany sięgają do 1200 m wysokości co pozwala podziwiać wspaniałą panoramę. Południowe wejście do kanionu rozpoczyna się niedaleko miasta Chiapa de Corzo, natomiast północny kończy się tamą i zbiornikiem retencyjnym hydroelektrowni Manuel Moreno Torres, znanym także jako Chicoasén. Dalej rzeka Grijalva płynie poprzez stan Tabasco i uchodzi do Zatoki Meksykańskiej.
Cała grupa wsiada do jednej łodzi i mkniemy zachwycając się widokami.

Kanion jest rezultatem uskoku tektonicznego jaki miał powstał w plejstocenie, około 30 mln lat temu. Jest jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych w stanie Chiapas. Zamieszkuje go wiele zwierząt, w tym krokodyle, jaguarundi, oceloty czy zagrożone wyginięciem czubacze.
Czasami trudno mam uwierzyć, że te krokodyle wylegujące się na kamieniach są prawdziwe. Śmialiśmy się, że ktoś je tam podrzucił i uczynił z tego atrakcję. Do czasu, kiedy Wojtek złapał w obiektywie moment ziewania….miejmy nadzieję, że to tylko ziewanie…

Widoki są faktycznie przepiękne. Sterujący łódką oczywiście wie, gdzie podpłynąć. Są groty, są naturalnie wytworzone nacieki. Taki cudny relaks

Są i małpki

Wrażenie robią również formacje skalne i wszech obecna Matka Boska z Gwadelupy.

W sumie można by rzec, że zrobiłam fotorelację pod koniec wpisu, ale cóż można mówić o naturze i jej pięknie. To trzeba zobaczyć, pokazać…Mnie Kanion zauroczył aż tak , że wyjątkowo mało mówiłam i dlatego więcej tu zdjęć niż tekstu.


PODSUMOWANIE DNIA

  • Chamula – magia
  • Zdjęć w kościele nie róbcie – uszanujmy te wierzenia. My kupiliśmy kartkę – to co u nas zobaczyliście to skan.
  • Kocham owoce – byłam w raju – kupujcie tutaj – są tanie i przepyszne
  • Nie widziałam ukręcania głów kurom i w sumie chyba intuicyjnie wyszłam – wystarczyło mi to co widziałam na Celebes. Nie wiem czy jakaś wiara uzasadnia zabijanie. Wyobraźmy sobie, że to wasze chomiki, koty….no ok wiem powiecie – kury się zjada. Ale w imię wiary? Eh…długo by mówić i myśleć
  • Przepięknie sprzedają. Ja ich zatrudniłabym bez cv jako speców od wizualizacji i merchandisingu
  • Kanion – cudowny czas, miejsce, ptaki, zwierzaki
  • Organizacja jak zawsze naprawdę bardzo dobra
  • Jedzenie po rejsie? Wyjdźcie z łódki i skręćcie na lewo – wyjątkowo nie słuchajcie się nikogo. Zjedzcie coś dobrego, tanio i świeżo.

komentarzy 7

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.