OSLOB – MIŁE ZASKOCZENIE

Oslob – mekka dla nurków, dla pasjonatów fauny i flory. Oslob miał być dla nas tylko punktem spotkania z rekinami wielorybimi. Punktem przelotowym, po którym nie spodziewaliśmy się niczego więcej. Tym większe było nasze zaskoczenie i zachwyt. A co nas zaskoczyło? Czy tylko rekiny?

 

Podobało nam się tam wszystko. Od hoteliku począwszy, wodospadów schowanych w soczystej zieleni, najwspanialszego ulicznego jedzenia na Filipinach, po malutkie centrum miasta z obowiązkową pól halą do kosza. Bo przecież to ich ukochany sport. Od razu wpadły nam w oko piękne budowle, jakich się nie spodziewałam. Jeszcze tego pierwszego dnia wróciliśmy tutaj.

Ale po kolei. Z Panglao płynęliśmy łodzią, której głównym zadaniem było dostarczenie turystów chcących pływać z rekinami, ale nie pozostając w Oslob, jeszcze tego samego dnia wracających  na Panglao. My jako jedyni, nie spiesząc się, ostatnim podstawionym tuk tukiem pojechaliśmy do hotelu. Rekiny zostawiliśmy na kolejny dzień. Teraz czas na coś  innego. Na co? Jeszcze nie mieliśmy pomysłu, ale nigdzie nie gnaliśmy, byliśmy panami swojego czasu, a decyzje podejmowaliśmy swobodnie w zależności od chęci i humoru i…aury. W ogóle cały wyjazd mieliśmy tak zaplanowany, żeby za bardzo nie planować, żeby nie spinać się bo czas, bo data, bo termin. To był wyjazd bardzo spokojny i taki dla nas. Filipiny nie są łatwe logistycznie, dlatego warto mieć bufory czasu, by móc później miło wspominać.

Hotel był niezwykle kameralny, z fajnym basenem, a przede wszystkim z doskonałym widokiem, bo był usytuowany nad samym brzegiem. Gdy były przypływy – schodziłam schodami i od razu zanurzałam się w morzu, gdy były odpływy mogłam, schodząc tymi samymi schodami spacerować wzdłuż brzegu. A widok z tarasu naszego pokoju? Otchłań ! Bezkres morza. Mogłam tak siedzieć i podziwiać wschody słońca. Ale tam było cudownie!

Już pierwszego dnia złapaliśmy tuk tuka i pojechaliśmy cieszyć się wodospadami. Logistyka i organizacja zadziwiła nas i już wiemy, że popełniliśmy błąd. Tuk tuk okazał się drogą formą dotarcia. 8 zł nie było ostatnią kwotą jaką musieliśmy zapłacić. Dodatkowo płaciliśmy za panów podwożących nas na skuterku,  bo tam tuk tuk nie wjeżdżał Podwieźli nas jednak  tylko do pewnego miejsca. Potem kazali nam się przesiadać na inny skuter i płacić znowu. Oj bardzo to dla nas dziwne, ale dla nich chyba proste i tak teraz myślę, pewnie mieli podział terytorialny i tak czynili swój biznes. Niemniej uznaliśmy, że ostatni odcinek pokonamy na nogach i to była świetna decyzja – drogi 10 minut, a widoki bezcenne. Taka rada dla wszystkich chętnych oglądać wodospad – miejcie swój skuter.

Spędziliśmy tam trochę czasu, taplając się w bajorku do którego spływała woda. Gdy zerkałam w górę właściwie jej nie widziałam. Krople były niczym mgiełka. Taki uroczy zakątek. Lubię wodospady. Lubię wodę w ruchu. Woda w jeziorku jest mętna w sposób charakterystyczny dla podłoża wapiennego.

Powrót. Podobny. Na nogach do pierwszej ekipy skuterkowców, tam kilka kroków dalej czekali już ci, którzy nas wwieźli i z nimi zjechaliśmy. Tuk tuk już nie czekał. I dobrze. Bo złapaliśmy naszego pierwszego Jeepneya. Od tej pory je uwielbiam. Przede wszystkim tani, a poza tym z ludźmi. A to uwielbiam. Uwielbiam się przyglądać ludziom, i tak sobie wyobrażać ich życie, kim są, co robią…lubię ludzi.


Tego dnia odkryliśmy kolejne wspaniałe smaki. Uliczne co prawda, ale bardzo, ale to bardzo smaczne. Wybór ogromny, od kurczaków, wieprzowiny, po owoce morza. Do tego mnóstwo warzyw i owoców. Oczywiście również wszechobecny ryż, sosy, chili.  Na Filipinach rum jest tańszy od jedzenia, a piwo leje się strumieniami. Atmosfera przy stołach iście rodzinna. Znajomi czy nie, wszyscy siedzą razem przy długich okrytych ceratami stołach, używając wspólnych przypraw i przyglądając się swoim zwyczajom jedzeniowym. Zadziwiali mnie Chińczycy, którzy najpierw robili na talerzyku papkę sosową z chili i soi, w niej maczali ryż i tak go zjadali. No tak go jedząc to rozumiem, żze można do 2 szaszłyków zjeść 3 miski ryżu. My inaczej…mięso z sosem delikatnie mieszaliśmy z ryżem, a w efekcie do porcji 5 szaszłyków zużywaliśmy pół miski ryżu. Różnice pewnie były w rachunku, bo jestem pewna, że i my i oni nasycyliśmy się posiłkiem, choć inaczej. Każdego wieczoru powracaliśmy do tego miejsca. Wciąż próbując nowych rzeczy. Na jedno się tylko nie skusiłam – na jelita kurze w formie szaszłyka – wyglądały dla mnie okropnie i choćby nie wiem jak smakowały to chyba wolałabym zjeść robaka niż to coś zawijane.

Oczywiście na jedzeniu się nie kończyło. Miasto jest na tyle piękne, że chcielismy oglądać je i za dnia i w nocy.


Czas na rekiny wielorybie. Właściwie dla nich tu przyjechaliśmy. A to, że nam Oslob w ogóle przypadło do gustu – to swoją drogą. Wstaliśmy raniutko by już o 8 rano móc się nacieszyć kąpielą z rekinami. Wiele osób narzeka na tłumy ludzi, dlatego chcąc tego uniknąć zdecydowaliśmy się na dość wczesną porę. I chyba słusznie. Ludzie mi w ogóle nie przeszkadzali, liczyły się tylko one. Byłam tak podekscytowana, że zgubiłam rurkę. Jak można pod wodą zgubić rurkę do snurkowania? Nie mam pojęcia jak, ale zrobiłam to. Wrażenia pod wodą były wspaniałe. Wiem, że są różne opinie na temat takich atrakcji. Byłam bardzo ostrożna, nie chciałam ich dotykać. Chciałam tylko nacieszyć oczy ich widokiem. Świadomość, że pływasz obok tak wielkich okazów jest niezwykła. Wzruszająca.  Gdy zobaczyłam pierwszego oszalałam z radości. Chciałam z nimi płynąć, a tu kolejny i następny. Rekiny były wielkie. Mają szeroki otwór gębowy i niesamowite płaty skrzelowe. Były bardzo łagodne. Mimo to z nienacka jeden z nich wpadł na mnie od tyłu, szaleństwo ustąpiło miejsca panice. Ileż emocji w krótkim czasie. To było niepowtarzalne przeżycie. Nigdy tego nie zapomnę. Dziś pisząc to doskonale pamiętam emocje.

Gdzie moja rurka?

Ten dzień obfitował w niesamowite wrażenia. Pewnie dlatego Oslob, które miało być dla nas tylko bazą wypadową, stało się  dla nas bardzo dobrym wspominanym miejscem, w którym warto się zatrzymać, a nie tylko wpaść na rekiny.

Każdy dzień na Filipinach chcieliśmy spędzać ciekawie i intensywnie. Od razu po rekinach planowaliśmy płynąć na wyspę Sumilon. Wołana cena 1500 PHP wydawała się być dość wysoka, choć akceptowalna za 2 osoby. Ostatecznie jednak nie zapłaciliśmy tyle. Ale tu musze się cofnąć w czasie. Gdy przypłynęliśmy z Panglao na Oslob wzięliśmy do hotelu tricykla. Chłopak, który kierował obiecał, że nas podrzuci  na snurki z rekinami o 6 rano. Ale trochę nam się dobrze spało i dotarliśmy później. Na miejscu snurkowym kierowca ten odnalazł nas, bo dotarł tutaj z wcześniej wstającymi innymi ludźmi, ale  zaopiekował się nami jak dziećmi. Dał numerek, powiedział gdzie stać i gdzie pójść. Zaprowadził do znajomych, byśmy przechowali bagaż. Wspomnieliśmy mu o planach dotyczących  Sumilon. I teraz wracam do teraźniejszości. Gdy kierowaliśmy się po snurkach w lewo, dobiegł do nas jakiś chłopak pytając, czy jesteśmy z hotelu Sascha? Gdy potwierdziliśmy, przedstawił się jako kolega naszego drivera i zaproponował, że nas zawiezie na wyspę za 1000 php Jak miło. Oczywiście z radością przystaliśmy na tę ofertę.

No to w drogę…

piękna okolica…

i przyjaźni mieszkańcy…

Pierwszy raz podczas płynięcia na wyspę pomyślałam, że Filipińczycy mało myślą do przodu. O ile   w ogóle. Nie potrafili odbić od brzegu…wyciągnąć kotwicy…poplątali liny i w efekcie 40 minut nurkowali by się odczepić . Udało im się. Uf

Pobyt na wyspie był wyjątkowy. Nic dodać nic ująć. Cudownie.

Ale powrót z tymi szalonymi pływakami dostarczał nam adrenaliny…znowu ten sam schemat…jak dobić? Jak dopłynąć? Zatrzymali się 5 metrów na głębinach i mieli nadzieję, że dopłyniemy z ekwipunkiem. Jasne. Zwłaszcza ja. Widzicie mnie z plecakiem na głowie w 2 metrowych falach?

Na szczęście po podpowiedziach Europejczyków dobili do brzegu. Nie jakoś blisko, ale dopłynęłam. Tak z plecakiem na głowie. Na szczęście na wf chodziłam.

Gdy dotarlismy do hotelu, spędziliśmy kilka chwil…może 2h na basenie i totalnym relaksowaniu umysłu. I znowu wciagnęło nas miasto. Na ulicy w Oslob wiele sie dzieje. Na grilach można znależć wszystko – kiebaski, szaszłyki, ryby, kalamary, kurczaki, mięso ze słoniną, warzywa…Raj! Jedliśmy najpyszniejszą kuchnię uliczną.

To były cudowne dni, spędzone intensywnie, pozostawiające niezapomniane wspomnienia, również wspaniałego, najlepszego na całych naszych Filipinach jedzenia, o którym wspomniałam przed  chwilą…i mogłabym znowu 🙂 nIe tylko wspominać:)

A na koniec? Oczywiście manicure. Urlop urlopem.

No to teraz mogę z jechać dalej. Kierunek Cebu, ale tylko przejazdem…przed nami dużo piękniejsze miejsce.

Autobus czeka. Jazda tania…ale 3,5 h. Zapraszam, miejsca było sporo. cena 150 php,, czyli 12 zł od osoby. Autobus dociera do dworca południowego w Cebu. Ale o tym następnym razem. Nie chcę psuć sobie wrażenia. Oslob na to nie zasługuje.


BOHOL – ZWIERZAKI I CUDAKI
Wrzesień 24, 2017

CEBU – MACTAN – TAKI TROCHĘ INNY WPIS
Październik 8, 2017

Dodaj komentarz