BOHOL – ZWIERZAKI I CUDAKI

Bohol. Czy warto tam lecieć? Oczywiście, że tak. Już z lotu ptaka wyspa jawi się inaczej…niczym dżungla – gęstwina zieloności, poprzecinana rzekami. Wypatrujemy sławnych „cycków” i wydaje nam się, że w tych gęstych lasach widzimy je wszędzie. To bardzo przyjemne miejsce. Pełne zieleni i urokliwych miejsc

Lądujemy na lotnisku wielkości mikro. Ostatnio takie widziałam w Sandakanie na Borneo. Hala przylotów wielkości, hmm…mojego mieszkania. Nie decydujemy się na taxi  przy wyjściu. Sprawnie ciągnąc za sobą walizeczki idziemy przed siebie. Nie jest to uciążliwe, a cena spada z każdym naszym krokiem, z 700 Php do 200 Php. Kosmos. Filipiny będą mi się kojarzyły z najłatwiejszymi negocjacjami. Wystarczy odrzucić pierwszą propozycję, a sami schodzą i to o dużo. Lubię płacić uczciwie za usługi. A ich ceny wywoławcze są bardzooo wysoko zakotwiczone. Vanem podjeżdżamy wprost do drzwi hotelu. Hotel Harmony to cudowna odmiana po szklanym bloku w Manilii. Hotel butikowy, pełny zieleni, z ładnym basenem.  Jego zaletą jest też lekkie oddalenie od zgiełku, a lekkie oznacza, że gdy chcę go poczuć mogę to uczynić już po kilku krokach. Ten hotel to taka enklawa, oaza.

Zrobiliśmy rekonesans okolicy. Przy plaży Alona Beach jest mnóstwo knajpek, plaża jest oświetlona, pełna ludzi i mocno europejskiej muzyki. Typowo nadmorski kurort, w którym ludzie chcą się zabawić i w ten sposób odstresować. a jako, że my takich miejsc na tego typu urlopach nie szukamy…planowaliśmy być na niej tylko raz. Owszem fajnie wmieszać się w tłum, wypić rum i oddać się masażom na samej plaży, posłuchać szumu morza, gdy przebje się oczywiście przez odgłosy muzyki. Czasami na chwilę i my tak lubimy. Ale jak tam można dobrze zjeść? Imponujące były stragany z owocami morza. Pycha.


Bohol potraktowaliśmy bardzo aktywnie. Kupiliśmy pakiet wycieczek: na 2 wyspy, po Boholu i transfer do Oslob. Całość za 2 osoby 4000 php czyli 160 zł/osobę.  Zaczynamy następnego dnia o 6 rano. Wszystko mieliśmy bardzo dobrze dograne i zorganizowane logistycznie. Pogoda nam sprzyjała, dzięki czemu nie było żadnych utrudnień ani opóźnień. Świat w słońcu wygląda zdecydowanie radośniej.

Zaczynamy od 2 wysp. Balicasag i Virgin.

Czekamy na Łajbę. Z nami Greczynka i Angielka. Ta druga się śmieje, że ona podobnie jak my też z Europy, ale nie wie do kiedy tak będzie mogła o sobie mówić.

Piękny wschód słońca…już właściwie świeci, mimo wczesnej pory i zapowiada co będzie dalej…a będzie coraz cieplej.

Alona Beach skąpana słońcem podoba nam się zdecydowanie bardziej, niż wersja nocna tej plaży.

Niedługo płyniemy i już na horyzoncie widać kształtną wyspę Balicasag.

Już na tej  pierwszej z wysp postanawiamy oderwać się od ekipy. O określonej godzinie umawiamy się w uzgodnionym miejscu i już nam się robi lepiej. Spęd idzie snurkować w jednym wyznaczonym miejscu, a my na lewo. Mijamy coraz mniej ludzi, aż wreszcie docieramy do dość dziewiczego miejsca. Tu zostajemy. Tu są żółwie. Uwielbiam z nimi pływać, przyglądając się ich dostojności podwodnej. Mogłabym nie wychodzić z wody. Zupełnie nieświadomie zaoszczędziliśmy pieniądze- podobno za snurki z żółwiami kasują podwójnie, aż dziwne, że nam wcześniej o nich nie wspominali…Zaskoczenie i nieświadomość, że w takim pięknym miejscu mogliśmy je spotkać potęguje radość.

Kolejną wyspą byłą Virgine Island – zupełnie bezludna, typowa do nicnierobienia, leniuchowania i fotografowania. Mogłam na niej zjeść kolejny raz w życiu jeżowce. Bardzo je lubię, smakują jak anchois.

i gar kuchnia wyspiarska.

no coż…było nam tam błogo.


Ten dzień z definicji miał być plażowy. Złapaliśmy więc różową landrynę i w drogę na plażę Dumaluan. Nie mogło mnie tam zabraknąć. To lokalna plaża, z kolorytem. Miejscowi spotykają się na niej, piją rum i dobrze się bawią w swoim gronie. Zaproszeń do biesiadowania nie było końca, próśb o zdjęcia ze strony muzułmańskiej części mieszkańcow też. Islam i Muzułmanie z perspektywy kanapy przed TV wydają się być zupełnie inni, niż ci których spotykamy w Świecie.

Wojtek nie umiał odmówić wspólnemu zdjęciu i kubkowi rumu.

No dobra, ale ja nie po to tu przyjechałam:)

Muszę przyznać, że pięknie tam było. Błogo, spokojnie i bardzo wakacyjnie.


Kolejny dzień zaczął się równie  wcześnie. Urlop? ja sie pytam? hahaha, cóż my taką formę lubimy. Braliśmy te Filipiny pełnymi garściami. Było intensywnie i różnorodnie. Dziś z perspektywy cieszę się, że tak to wyglądało. Logistycznie wszystkie nasze wyjazdy są wymagające. Ale nie brakuje czasu na chill out.

Ta wycieczka trwała jednak 7 godzin i wierzcie mi, że biegałam szczęśliwa jak dziecko w sklepie z zabawkami, albo z butami.  Zaczęliśmy od Czekoladowych Wzgórz, zwanych potocznie Cyckami. O tej porze roku wzgórza są zielone, ale z tymi cyckami coś na rzeczy chyba jest.

Lubimy ładne widokowo miejsca, a to właśnie takim jest. Wzgórza okazały się bardzo fotogeniczne i choć widziałam je, ze sto razy na zdjęciach, to w realu bardzo nam się podobały.

w sumie są czekoladowe…

nie…chyba jednak zielone…;)


Ale najbardziej podobały nam się Tasiery czyli Wyraki. Te malutkie stworzonka były chyba inspiracją dla twórców Gwiezdnych Wojen. Maleństwa z wielkimi oczami poukrywane pod kapeluszami z liści palmowych. Takie słodkie, ze chciałoby się je wziąć do ręki, pogłaskać, przytulić, lecz gdy tylko Wojtek oderwał listek by zrobić im lepsze zdjęcie – wyszczerzyły zęby. Małe, słodkie i groźne. Tak to jest w przyrodzie.

Ps. on się wcale nie uśmiechał


Po drodze zachwycił nas las. nie on jeden…jeszcze sporo tego dnia przed nami, ale przyjżyjcie się jak jest piękny.

Kolejna atrakcja to wiszący most bambusowy. Wydawało mi się to takie nic bo czy to mój pierwszy most wiszący? No skądże. No ale skoro jest po drodze, to wyjdziemy z autka, pobiegamy po mostku, piwko wypijemy. Uhm…piwko może wypiłam dla odwagi, choć i to nie pomogło. Wojtek śmiał się ze mnie, ze gdybym mogła to bym pełzała po tym bambusie. Naprawdę się bałam. Długi, wysoki, śliski i ruszający się. Przeszłam, a tu trzeba wrócić. Powrót odbywa się drugim siostrzanym mostem i Wojtek wymyślił, ze to świetna okazja byśmy sobie z ta przestrzenią wokół nas zrobili sobie nawzajem zdjęcia. Ale jak? Skoro obiema rękami trzymam się kurczowo? Tak więc mało ciekawie zapowiadająca się atrakcja dostarczyła mi nie lada adrenaliny.

Ale skoro o adrenalinie mowa to warto wspomnieć o popularnych na Filipinach Zip-Linach. A warunki przednie. Czym jest Zip-Line? To zjazd po linie, najczęściej w pozycji horyzontalnej z jednego malowniczego punku do drugiego. W tej okolicy zjeżdża się z widokiem na urocze koryto rzeki. Naprawdę super przeżycie.

Wracamy i podziwiamy okolice. Uwielbiam Azję. Południowo –  wschodnią, południową, pólnocną…

Zależało nam na zmodyfikowaniu wycieczki bo aż grzechem byłoby nie zahaczyć o jaskinię, która podobnie ja te meksykańskie z cenotami, kryła w sobie jeziorko. Z radością zanurzyliśmy się w chłodnej wodzie. Szkoda tylko, że jaskinia nie była oświetlona, bo światło dodałoby jej uroku. Na pewno wspaniale było się schłodzić i pływając zrelaksować. Kierowca cierpliwie czekał, ale że był to kurs ekstra, widać było jak się ucieszył, gdy w miarę szybko wróciliśmy.

Wieczór tradycyjnie na Alona Beach,…ah jednak wróciliśmy… rozświetlonej, rozgranej, hałaśliwej od przekrzykujących się turystów, wypełnionej kramami, knajpkami i wystawianymi stolikami prawie przy linii brzegowej. Ma to na pewno swój urok.

A w hotelu – oaza i cicho…oświetlony dyskretnie basen, urocza restauracja z 5 stolikami. Podoba mi się na Panglao.

a to na dobranoc…


Rano po śniadaniu jedziemy jednak dalej. To co chciałam zobaczyć w tym miejscu – zobaczyłam, a więc czas na koleją porcję doznań i wrażeń

 


MIASTO KONTRASTÓW – MANILA
Kwiecień 9, 2017

OSLOB – MIŁE ZASKOCZENIE
Wrzesień 26, 2017

Dodaj komentarz