TAJLANDIA – Z WYSPY NA WYSPĘ

Siedzieć w jednym miejscu? W życiu! Zwłaszcza gdy okolica wręcz krzyczy – zobacz jaka jestem piękna i różnorodna!!! Czyż można sobie wyobrazić w Tajlandii lepszą bazę wypadową niż skromne wybrzeże Ao Nang? Pewnie można, bo Tajlandia jest przepiękna, ale na pierwszy raz my właśnie na tę zdecydowaliśmy się i chyba dzięki niej właśnie aż tyle zobaczyliśmy w ciągu zaledwie kilku dni

Krabi wzywa.  Z Phuket za 250 zł pojechaliśmy vanem do ostatniego już hotelu na 9 dni byczenia. Uhmm byczenia. Nazwijmy to tak, a po skończonej relacji zastanowimy się czy tak ten czas można opisać

Hotel Green View Village. Wille w Ao Nang w Green View bardzo są urokliwe. Może nie tak nowe jak na  Phuket, ale otoczenie robi swoje. Nocami siedzimy przy basenie, pijemy brandy, kąpiemy się w świetle księżyca. Wspaniale. Wyjście z naszej willi jest na wprost basenu. Codziennie mamy go do wyłącznej dyspozycji.

 

Około 8:30 niespiesznie wstajemy na śniadanie. W każdym hotelu jest oczywiście inaczej. Największy wybór był w BKK. Tu też jest szwedzki stół, ale skromniejszy, acz wystarczający i smaczny.

Postanowiliśmy poleżeć przy basenie, byczyć  się spoglądając na ostańce. Wspaniałe widoki, ciepły basen…czego potrzeba więcej…blisko lodówka, a w niej zimny Chang.

Zrobiliśmy obchód. Przyroda na 6+. Poznaliśmy Leszka – pewnie wielu z Was go zna. W styczniu mija 10 lat odkąd tu mieszka. Czyli w chwili przelewania tych informacji na Blog już 15. Czas leci…

Podjechaliśmy tuk tukiem do sąsiedniej plaży, a tam cudowny odpływ. Mogłam przejść do ostańców na nogach. Tego mi było trzeba. Zebrałam muszelki do galerii. Powrót na prośbę dzieci też tuk tukiem. Negocjowały same. Całkiem nieźle. Po tatusiu mają talent. My robiliśmy za złe gliny i wyszło całkiem interesująco.

 Tutaj jeszcze widok na Ao Nang w wydaniu przypływu

i nasz wynegocjowany powrót

Czas na kolację. Wychodzimy z hotelu, a tu targ. Szok. Nasza ulica w piątki, soboty i niedziele  zamieniała się w wielkie targowisko. Fantastyczne jedzenie. Dzieci rzucają się na sataye, Wojtek je jakąś strasznie ostrą rybę w bananowcu. A ja rzucam się na pierożki za 1 zł. Z super sosem. Są śliczne – kolorowe. Dzieci kontynuują jajka przepiórcze i wtedy podbiega podniecony Wojtek…a co go tak ruszyło? Shusi !!! szalejemy – za 155 bth. Fioletowego i zielonego kawioru nie widziałam – chyba pokłamany i podbarwiony, ale ładniutki. Igor dopycha kurczakiem, a my ciasteczkami, które ostatnio jadłam na targu wodnym…te pycha kokosowe…

Daga szaleje przy kosmetykach, zapasy zrobione na rok. Wracamy do hotelu z sushi i przy basenie pałaszujemy popijając jeszcze polskim napitkiem.

Dzieci jednogłośnie stwierdziły, ze pobyt w tym hotelu był najlepszy. Myślę, ze kilka rzeczy się na to złożyło, ale do dzisiaj utrzymują zgodnie tę wersję.


Po śniadaniu zabieramy się tuk tukiem hotelowym na plażę. Tam kupujemy bilet na Railay za 200 bth /os. Plaża bardzo ładna. Błogość mnie ogarnia, zdjęcia, plażowanie. Upał coraz większy.

Nie mam co tu dodać…nawet niewiele mówiłam. Wiem, to raczej nie możliwe, ale było tak pięknie, że lepiej było pomilczeć.

Zachody słońca na Ao nang są piękne

Każdy wieczór musi zakończyć się ucztą smaków

Postanawiamy codziennie być na innej plaży. Czy wspominałam coś o błogim lenistwie podczas tej części urlopu? No to właśnie widać na czym miałoby ono polegać: Z WYSPY NA WYSPĘ

Pada na Podę.  Bilety tym razem 300bth/osobę Tu wygląda to trochę inaczej niż na Railay, z której mogliśmy wrócić kiedy chcieliśmy. Tu grupa przypadkowych ludzi zebranych na łódce musi się zgodzić co do godziny powrotu. Musimy się dogadać bo te osoby, które płynęły na wyspę muszą z niej wrócić. Rozbieżności  były dość spore – kompromis choć najmniej lubiana przeze mnie strategia negocjacji  tym razem poszła w ruch i ustalono 14:30

Piękna wyspa, czas mijał bardzo szybko. Co ciekawe z czasem, gdy zaczęła się zapełniać ceny  zaczęły galopować osiągając dwukrotność w porównaniu z rankiem.  Zaczęło przybywać łódek, tym samym miejsca do pływania było coraz mniej. Eee… tak nie lubię. Polecam z samego rana. Również z powodu słońca.

Igor poznał kolegów z Polski i skakali, szaleli, końca nie było…

Piękny czas. Ale to też ważny dzień. Szybko wracamy- o 13:00 już jesteśmy w knajpce. Daga ma 17-ste urodziny. Trzeba uczcić. Hmm… w tak fajnym miejscu. Po raz pierwszy wypija lampkę wina i uśmiech pojawia się na jej twarzy.  I nie znikał.

W naszym zacisznym resorciku odpoczywamy. Kolejnego dnia…


James Bond – wstrząśnięte, nie zmieszane. Jedziemy 2 godziny do bazy. Autokarów przybywa. Organizacja jak zawsze super.

Ludzie podzieleni na białych i żółtych. Nie ze względu na kolor skóry, lecz na kolor naklejek identyfikujących odwiedzane miejsca. My żółci zamiast byczonka mamy kajaki wokół wysepek . Ale najpierw 007 – Skała malutka – ładna, ale bez wow. Zahaczyliśmy o ciekawe formacje skalne.

Kolejny program to kajaki. Frajdy co niemiara. Ja z Dagą – chłopcy razem. Każdy kajak ma wioślarza. Tak to można pływać. Już czekają łódki z napojami – oczywiście kokos dla naszego uzależnionego Igora, Changi dla nas i fanty dla wioślarzy. Pewnie wrócą i odsprzedają – bo żaden nie otworzył. Widoki zapierają dech w piersiach. Jaskinie, przepusty, kominy pomiędzy skałami.

Jedziemy na lunch – bardzo miły dodatek do atrakcji – wioska na wodzie. Perintie – najpierw jemy dobre rzeczy. Na stołach czekały kurczaki w warzywach, na głębokim oleju ryby, sosy, ryże, sałatki i zupa z krewetek, potem wjeżdża kurczak z rożna i omlet, a na koniec ananasy . Zjadamy i przechodzimy z części komercyjnej nieco dalej.

Docieramy do szkoły – tak jak za dawnych dobrych czasów – dzieci grają w klasy, skaczą w gumę.

Rzucały się Wojtkowi na szyję, a Igor nauczył je żółwika. Uwagę naszą wzbudziła ciekawa klasa przyrodnicza. Wracając nie mogłam się oprzeć materiałom za 20 zł.

Nasz przewodnik transwestyta wiedzie nas do świątyni małp. Bardzo duża przestrzeń, ładne posągi, a naturalne oświetlenie dodaje uroku. Igor wskakiwał jak zawsze wszędzie i był pierwszy. Grota była naturalna, z nietoperzami na sklepieniach  i zapachem małpich sików.

I wreszcie wodospady. Nasz „lasek Cecylia” daje  nam 30 min. Ok. Wystarcza. Wskakujemy do rześkiej wody. Bawimy się jak dzieci, co nie pierwszy raz nam się zdarza na tej wycieczce.              Miłe zakończenie.

Kończymy tradycyjnie – zachód słońca na Ao Nang, kolacja i relaks w najbardziej błogim hotelu


Kolejny dzień? Oczywiście kolejna wyspa -Tub Island

A tym razem można mierzeją z piasku przejść się na kolejną wyspę – na Kurczaka Chicken Island


Postanowiliśmy trochę pobyczyć się w resorcie, ale tak naprawdę. Kolejny dzień spędziliśmy na błogim lenistwie na basenie, a ono szybko nam boczkiem wyszło, bo my tacy dość ruchliwi, wiercipiętliwi. Pobiegliśmy do Leszka kupić Hong Island za 500 bth – cena genialna Igor dostał zniżkę. No więc w drogę.

Dla mnie to jest kwintesencja raju. Rajska plaża Paradise Island – początkowo taka mi się nie wydawała…z czasem zyskała. Najpierw tutaj trafiamy. Na Hong przyjdzie czas.

 Widzicie te ostańce za mną? Zaraz tam popłyniemy wpław.

Dopływamy do celu podróży

A tutaj już z drugiej strony

Czas się pakować. Wspaniałe trzy tygodnie minęły, jak wszystko co dobre…za szybko. Dziś pozostało mnóstwo dobrych wspomnień, zdjęć…i takie coś na półce

 

 

 

 

 

 


CHIANG MAI – STOLICA 100 ŚWIĄTYŃ
Listopad 13, 2018

Komentarze:

Dodaj komentarz