PUERTO PRINCESA – PORTOWA KSIĘŻNICZKA

Puerto Princessa – to miejsce, które pierwotnie traktowaliśmy jako przelotowe. Coś po drodze. Bez emocji. A okazało się zupełnie inaczej. Nie tylko pozostaliśmy tutaj dłużej, ale tak nam się Puerto Princessa spodobało, że dzisiaj wspominając Filipiny właśnie o nim myślę. Piękne plaże i urokliwe wysepki. Dużo różnych emocji. Tęsknota za dziećmi, łzy i radość przeplatały się w tym miejscu. I chyba nigdy tego nie zapomnę. To chwile, kiedy uświadamiamy sobie, co jest ważne. A priorytety każdy ma inne. Czas spędzony tutaj był chwilą refleksji. To był piękny czas, ponieważ wiemy, że potrafimy być ze sobą, ale już wiemy, że na tak długo nie wylecimy już nigdy. Podróże dookoła świata na dłużej niż 3 tygodnie – to nie dla nas. Co innego jest ważne. Ale wroćmy do PP…

Łapiemy Tuk Tuka i tu pierwasza wpadka. Wojtek podaje adres. Uhm…szkoda, że ten z którego wybywamy. Po 5 minutach tuk tuk podwozi nas znowu do pierwszego hotelu. Umieramy ze śmiechu. Na szczęście kierowca ogarnia angielski w wykonaniu Wojtka i jedziemy dalej. Co prawda za inną stawkę, ale nie ma się co dziwić.

Puerto Princessa to miejsce z którego większość osób wyrusza do El – Nido. I słusznie, bo El – Nido to przepiękne miejsce na mapie świata. Ale my spoglądając na prognozę pogody i mając swobodę czasową i finansową, bo nie dopinaliśmy większości rzeczy na tip top – uznaliśmy, że skoro w El-Nido pada, to nic tam po nas. I słusznie. Choć pewnie finanse nie są w życiu najważniejsze, to jednak dobrze jest mieć margines bez planów, dzięki czemu zmodyfikuje się podróż w zależności od okoliczności. Tym sposobem następnego dnia po dotarciu do Puerto Princessa podjęliśmy decyzję, że zostajemy tutaj, tylko zmieniamy hotel na resort. Padło na znaną nam z Dominikany sieć Wyndham.

I przygoda trwa. Muszę przyznać, że im więcej podróżuję, tym bardziej elastyczna się staję. Spokojniej przyjmuję niespodziewane zwroty akcji, i nawet chyba ich potrzebuję. A może sama je planuję?

Szybki research w internecie i okazuje się, że wybrany hotel jest piękny, z cudowna plażą. Decyzja jest szybka. Zostajemy w Puerto, tym bardziej, że wiemy, co tu można pięknego zwiedzić.

 Wrzucamy bagaże i już zwarci i gotowi na nowy, piękny i co najważniejsze SŁONECZNY dzień.

Udajemy się na trip – 3 wyspy archipelagu Honda Bay.

 

Czas spędzamy cudownie i wręcz szalenie – z wyspy na wyspę ze snurkami w tle, a na deser wspaniałe…OSTRYGI – nasz przysmak od czasów Wenezueli,  gdzie zajadaliśmy się nimi wręcz wiadrami. Tutaj, aż tak tanio nie było, ale musieliśmy sobie dogodzić tymi przysmakami. A do tego  nieco jeżowców. Uwielbiam je.

szykują nam jedzenie….wymarzone

Program obfitował w atrakcje typu snurki z kapokami. Jako, że my nie Chińcycy…to ani kapoków nie chcieliśmy, ani ochroniarzy. No niestety. Nie zaufano Nam. Snurkowanie w kapokach to średnia przyjemność.

i czas na „nicnierobienie”

To był bardzo dobry czas. Nagle Filininy zwolniły. A my wraz z nimi. Potrzebowaliśmy tego.


CEBU – MACTAN – TAKI TROCHĘ INNY WPIS
Październik 8, 2017

Dodaj komentarz