MULTIKULTUROWY TYGIEL – ISFAHAN

img_1692a

Miasto, w którym rozpoczął się nasz Iranexpress – pogoń za hotelem, walka z czasem i z komunikacją. Miasto jest duże, nowoczesne i zupełnie inne od tego co widzieliśmy dotychczas. Za wiele jeszcze nie widzieliśmy ale już wiemy, że wyjazd nie będzie monotonny. Każde miejsce jest inne. Różnorodność ogromna. Jadąc z miejsca w miejsce czekamy na to co nas w nim czeka, co zobaczymy. Co ciekawe – w każdym miejscu był efekt WOW. Co innego wywoływało ten efekt, ale zawsze był.

Wróćmy do miasta- tłok i pełne obłożenie hoteli sprawiły, że bieganie w upale z plecakami dało nam się we znaki. To na pewno miało tez wpływ na „trudną miłość” do tego miasta. Pierwszego dnia chciałam z niego jechać jak najszybciej…drugiego jeszcze też choć już nie tak szybko, a trzeciego spodobało mi się, ale to był już dzień wyjazdu.

Isfahan może się pochwalić jednymi z najpiękniejszych zabytków islamskich na świecie, a jego historia sięga ponad 2700 lat. Renesans miasta przypada na XVI w., kiedy to zostało ono ustanowione stolicą imperium perskiego przez szacha Abbasa I Wielkiego. W tym czasie powstały najwspanialsze budowle miasta, które ponoć były inspiracją dla słynnego indyjskiego mauzoleum Tadź Mahal.

Ale od początku. Hotel zdobyliśmy. Ah co to była za hotel! Pościel po poprzednich gościach była tylko lekko wygładzona…a na naszą prośbę wymienienia jej- dostaliśmy tylko poduszki, natomiast reszta wróciła taka sama – brudna, choć inaczej złożona. Dopiero za trzecim razem uzyskaliśmy czyste pościele. Taki klimat.

Idziemy na spacer. Mimo zmęczenia chcemy chłonąć atmosferę

img_1849aTego dnia zrobiliśmy daleki spacer, mostem Sio-Se-Pol-Bridge – czyli najsławniejszym w mieście mostem 33 łuków, aż do dzielnicy Ormiańskiej. Gdy dotarliśmy do uroczego placu Jolfa, okazało się, ze trafiamy na poczęstunek herbatą i chlebem wszystkich ludzi na placu. Tę formę wsparcia innych ludzi przez bogatych Muzułmanów bardzo lubię. Siedzieliśmy na schodach, sączyliśmy herbatę i chłonęliśmy bohemę. W tradycyjnej knajpce ormiańskiej zjedliśmy bardzo dobra kolację.

img_1899a

img_1897a

Na nogach wróciliśmy w okolice mostu. Rzeczywiście imponujący. Ostatniego dnia odkryliśmy kolejne wspaniałe mosty, przepięknie oświetlone. Most 33 łuków to miejsce spotkań młodzieży i niedoszłych pieśniarzy. Młodzież spotyka się w górnej części mostu, a pieśniarze śpiewają w dolnej. Ogólnie klimat jest genialny. Można tam siedzieć godzinami, chodzić między arkadami, chować się za filarami.

Wśród budowli, które zasługują na miano perełek architektury, jest kilka mostów. Najdłuższy z nich to 298-metrowy most 33 Łuków. Jego budowę zlecił w 1602 r. Allahwardi Chan, wódz szacha Abbasa I. Przez oparty na 33 łukach most biegnie droga, którą z obu stron osłaniają zdobione arkadami ściany.

img_1565a

img_1906a

img_1911a

img_1577a

img_1575a

Dużo zaplanowaliśmy na kolejny dzień bo i Plac  Homeiniego i Pałace, Meczety, Bazar… Zaczęliśmy od Chechel Palace. Ładny ogród. Spodobały mi się sędziwe pnie drzew…ale sam Pałac? Nie sądziłam, że można zwiedzać tylko wejście główne. Oglądanie trwało może 5 minut? Zupełnie inaczej wygląda Pałac w internecie, można w sieci zobaczyć części Palacu, które nie są udostępniane dla zwiedzających.

img_1606a

img_1596a

img_1611a

img_1609a

Zaskoczeni przeszliśmy na Plac i postanowiliśmy poprawić sobie humory w miejscu gdzie zawsze jest gwarno i wesoło – na Bazarze. A ten jest naprawdę spory. Cały Plac jest otoczony Bazarem i daleko jeszcze za Placem ciągną się stragany ze wszystkim…

img_1619a

img_1585a

img_1586a

img_1617a

img_1616a

img_1779a

img_1771a

img_1660a

img_1661a

Na bazarze można się z łatwością zgubić. Jest tam tak wiele zabytkowych miejsc, a w nich aparat mógł poszaleć. Są też knajpki ze świeżym jedzeniem. Poniżej piękne wnętrza Bazaru

img_1625a

img_1630a

Posileni i zaopatrzeni w worek pistacji skierowaliśmy się na Plac.

Zwiedzanie miasta najlepiej rozpocząć od placu Imama Homeiniego (Majdan-e Imam Homeini) zwanego również Królewskim. Plac otaczają dwupoziomowe arkady handlowe oraz Meczet szacha Lutf Allaha po wschodniej stronie i Meczet Królewski po południowej. Po zachodniej stronie placu znajduje się Ali Kapu (Wysokie Wrota) – brama prowadząca do zespołu pałacowego, z której władca mógł oglądać uroczystości na placu.

img_1716a

W parku, na środku placu, na trawie, z widokiem na wszystko siadają ludzie i jedzą, rozmawiają, śmieją się. Też rozgościliśmy się na jednym fragmencie soczystej trawy by z apetytem zjeść najlepsze jak dotąd pistacje.

img_1652a

Meczet szacha Lutf Allaha zachwycił nas mozaikami. Wręcz oczarował. Z zadartą głową kręciłam się w kółko. W tym kraju uwielbiają przepych i bogatą ornamentykę i to zarówno w sztuce, jak i w życiu codziennym. Gdy mijaliśmy witryny sklepów z zastawami, szkłem, wyposażeniem – trudno było oderwać wzrok. Choć to nie mój styl- nie sposób było nie przyznać, że jest to po prostu piękne.

img_1654a

img_1646a

img_1642a

Czas na Meczet Królewski

img_1812a

img_1683a

Tę część dnia zakończyliśmy w hotelu Abassi. Ależ miałam fantazję, myśląc, żeby w takim hotelu zamieszkać – musiałabym najpierw rozbić bank, a potem oszaleć by tyle wydać za dobę ( 600 zł najtańszy pokój ) Ale faktycznie hotel fantastyczny. Piękny. Klasyka Perska w najlepszym stylu.

img_1733a

img_1723a

Druga część dnia upłynęła nam pod znakiem statywu i nocnych zdjęć. To miasto nocą dostaje jakiejś niesamowitej energii, chyba za sprawą mieszkańców. Ludzie wychodzą na ulice, spacerują i kupują jakieś niesłychane ilości różności. Irańczycy to zakupoholicy. Ujrzałam tam ogromny konsumpcjonizm, jakiego się zupełnie nie spodziewałam. Wychodzą nawet z maluteńkimi dziećmi i spędzają tak czas do nocy.

img_1741a

img_1752a

img_1745a

img_1750a

Ostatni dzień, leniwy, spokojny, na peryferiach – przekonał nas do Isfahanu. Najpierw wymieniliśmy dolary na ulicy, jak za dawnych czasów u nas. Kurs 100$ 3630000 Riali czyli jestem milionerką. Wymieniając na ulicy można być spokojnym tylko trzeba uważać gdy chcą sobie zachować końcówki. Czasami lepiej wymienić w kantorze.

Spacerem idziemy do Starego Meczetu. O, nareszcie prawdziwe miasto. Zaczyna mi się podobać. Są zwykłe sklepy, uśmiechnięci ludzie, są nawet owoce. Jak dobrze opuścić getto turystyczne , choćby na chwilę. Bo przecież turyści są tam gdzie jest co oglądać, zwiedzać, a i my chcemy to zobaczyć, a zatem godzimy się na współuczestniczenie w tłumie, ale z chęcią z niego umykamy. Tak też uczyniliśmy właśnie teraz i kierujemy się przed siebie, rozglądając się wokół. I warto było, bo Meczet nas zachwycił. Jest naprawdę okazały. Spędziliśmy w nim ponad godzinę.

img_1713a

Gdy wyszliśmy z niego, zaczęliśmy szukać drogi, rozglądać się wkoło…przyznam, że byliśmy zdezorientowani. Inna drogą wchodziliśmy, gdzie indziej wyszliśmy. Mówią: „koniec języka za przewodnika” ale nie tutaj. Tutaj pytani ludzie mieli panikę w oczach – bo my pytamy a oni chcą pomóc- lecz nie mogą, nie są w stanie. Tu bariera językowa wydaje się być jeszcze większa. Ale przy ich uprzejmości wydaje się być zupełnie nie ważna. W pewnym momencie dziewczyna, która już jakąś chwilę próbowała mi wytłumaczyć jak dojść do przystanku autobusowego, po prostu chwyciła mnie za rękę i idąc z nami ponad kilometr po prostu dostarczyła nas do kolejnych osób oczekujących na przystanku. Dała im dyspozycje – gdzie mają nas wysadzić i z uśmiechem wróciła. Przemiła. Tym sposobem dotarliśmy do kolejnego wspaniałego mostu, który podobał nam się jeszcze bardziej niż 33 łuków.

Za najpiękniejszy z isfahańskich mostów uznaje się most Chadżu. Zbudowano go około 1650 roku na polecenie szacha Abbasa II. Twórcy tej 105-metrowej przeprawy wzorowali się na moście 33 Łuków. Dwupiętrową arkadową konstrukcję oparli jednak na skalnej platformie podzielonej śluzami, przez które przepływa woda rzeki Zajande. Ponoć szach uwielbiał oglądać zachód Słońca z oktagonalnego pawilonu na środku mostu.

img_1831a

img_1853a

img_1833a

img_1848a

Po lunchu zjedzonym na trawie , przy moście (który smakował lepiej niż zwykle, być może właśnie za sprawą widoku), spacerem przeszliśmy się wzdłuż koryta rzeki widmo, od mostu do mostu. Długa to była droga, bo chcieliśmy dojść do dzielnicy ormiańskiej by zwiedzić Katedrę Vank. Założyliśmy dzisiaj z Wojtkiem, że przemieszczamy się wyłącznie komunikacją miejską. Spodobało nam się. Ale czas na katedrę. Jest piękna i okazała. Muszę się tutaj przyznać do czegoś…jakoś nie jestem kościelna, nie biegam w kraju na msze, ale tutaj wchodząc do katedry chrześcijańskiej – nie ważne prawosławna, ormiańska, katolicka…chrześcijańska i widząc znane mi podobizny na obrazach to odczułam ulgę, spokój i szczęście. Sama jestem zdziwiona jak bardzo zareagowałam. Może mi tego brakowało. A może w tym kraju pełnym meczetów czułam się nieco nimi zmęczona…Nie wiem. Ale było mi dobrze i spokojnie. Co do meczetów…chyba znowu napisze trochę kontrowersyjnie, ale dlaczego mam być poprawna? Obserwowałam ludzi w meczetach. Ja w ogóle lubię obserwować ludzi. To te chwile kiedy wreszcie przestaję tyle gadać. I zaobserwowałam ich zachowania w tych usankcjonowanych przez Państwo świątyniach. Gadają, piszą smsy, siedzą na WhatsApp-ie…My też tak w kościołach? No chyba nie…ale jeśli tak to czym się różnimy? Tym co nam wmówiono?

Znowu odbiegam od tematu. Katedra. Jestem w niej. Ale gdy z niej wychodzę i oglądam z zewnątrz przy promieniach zachodzącego słońca – jeszcze bardziej się zachwycam.

img_1876a

img_1875a

img_1871a

img_1890a

Czyż nie piękna?

Bez wątpienia jest to piękne miasto. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Jednak jest to też dowód, że trzeba dawać sobie szansę. Ogrom cudów architektury i bogactwo stylów sprawiają, że jest ono uznawane za najpiękniejsze miasto Iranu.


NATURA RZĄDZI – PLENERSKI IRAN
Listopad 21, 2016

SHIRAZ – MIASTO KTÓRE UWODZI
Listopad 26, 2016

Dodaj komentarz