Azja,  Podróże,  Wietnam

TRANG AN I TAM COC – TAJEMNICZE OGRODY KONGA

Wyobraźcie sobie krainę tajemniczą tak bardzo, że z jednej strony czujecie niebywałą chęć znalezienia się w niej, a z drugiej …gęsią skórkę. Zamknijcie oczy i pomyślcie o mgle snującej się pomiędzy ostańcami, oplatającej je z czterech stron, o rzece prowadzącej do przymglonych jaskiń…Mgła, mżawka, mgła…rzeka wijąca się pomiędzy wzbitymi wręcz nienaturalnie górami, zarośla…i równomierne pluski wioseł wcinających się w zielonkawą wodę. Takie jest Trang An. Tajemnicze, spowite mgłą, przepełnione zielenią mieszającą się z kolorem wody oblewającej pola.

 

Dotrzeć tutaj jest łatwo, pod warunkiem, że jedziesz z Hanoi, ale z Hue już tak prosto nie było. Nocnym, mocno spóźnionym autobusem dojechaliśmy do jakiejś stacji benzynowej na granicy Ninh Binh. Lało przeokropnie. My i para francuzów staliśmy pod wiatą czekając na taksówkę. Patrząc w niebo nie mieliśmy złudzeń…nie zanosiło się na optymistyczną zmianę pogody. A przecież tu miało być tak pięknie.  I było, i jest, tylko tego piękna należy szukać poza standardami, poza konwencją. Ta okolica nie jest konwencjonalna, ani aż tak turystyczna jak Ha Long, ale właśnie ta część Wietnamu jest czarująca, tajemnicza…i taka…nieco mroczna.

Razem wsiedliśmy do taksówki, dzieląc się kosztami i po chwili byliśmy w fantastycznym hoteliku z basenem…tylko kto by w taką pogodę o nim myślał. Pokój już na nas czekał, śniadanie zresztą też – cóż za cudowna odmiana. Po pysznym posiłku, od razu świat nabrał innych barw – przestało padać i błyskawicznie zdecydowaliśmy się na wynajęcie motorka. To była świetna decyzja. Hotel organizował niemalże wszystko – każdą wycieczkę, transfer, motorki, wyżywienie. Opłata na koniec pobytu.

 

Okolica malownicza, również ta  w bezpośrednim sąsiedztwie naszego hotelu. Warto się tutaj pogubić, posnuć, pospacerować i podziwiać piękno wokół nas. Sam hotel był spektakularnie położony – nad samym brzegiem rzeki. Mogłam tak przesiadywać godzinami i wpatrywać się w to wokół nas.

Motorek to wolność – jak świetnie móc przemieszczać się wśród pięknych, zielonych pól i gnać przed siebie.

Chcieliśmy zacząć od tego co tutaj robi każdy turysta – od rejsu po Tam Coc River. Naszą wioślarką była kobieta i jak na ten rejon świata przystało – wiosłowała stopami. Kapitalne ruchy. Zwinność i siła. Widoki były śliczne. Mogliśmy się kompletnie zresetować, odetchnąć, zapomnieć o nocy w autobusie. Łapaliśmy chwile i było nam naprawdę dobrze.

Po tym relaksie w otoczeniu bajkowych wzgórz, warto było coś dobrego zjeść. Jest tu taka ilość knajpek całkiem przyzwoicie wyglądających, że jest w czym wybierać. Karty menu też są imponujące. A ceny minimalne.

To nie koniec naszej eksploracji – pojechaliśmy do świątyni Bich Dong Pagoda. Trochę trzeba się powspinać, by z jednego miejsca przenieść się do kolejnych, i jeszcze do kolejnych, i nigdy nie jesteś pewien czy to kres wspinaczki, czy zaledwie jej  kolejny etap. Ale to jest fascynujące. To ta tajemnica, ta niespodzianka.

Bich Dong to trzypoziomowa starożytna pagoda położona na zboczu góry w Tam Coc. Gromada świątyń jaskiniowych otoczona jest imponującymi liliami wodnymi, które zachwycają, gdy dochodzimy do wejścia. Szlak przecina dużą jaskinię na górze, w której za mgłą kadzidła pojawiają się rzeźby i małe nietoperze. Obejmuje ona 3 oddzielne pagody: dolną, środkową i górną. Dolna pagoda ma 5 komnat z ogromnymi drewnianymi i kamiennymi filarami. Pagoda czci Buddę i 3 mistrzów: Chi Kien, Chi The, Chi Tam, którzy ją zbudowali.

 

Mieliśmy ochotę na więcej. Wsiedliśmy na motorek i pojechaliśmy przed siebie kierując się różnymi reklamami przy ulicy. Naszym oczom ukazała się jedna z nich, promująca świątynię w grocie – the Temple in the Cave. Odnieśliśmy wrażenie, że znajduje się ona na prywatnej posesji, a opiekę nad  nią przejęła właścicielka, która pobrawszy od nas symboliczną opłatę stała się naszym przewodnikiem. No muszę przyznać, że to miejsce robiło wrażenie.

 

Pod wieczór, gdy znaleźliśmy się w naszym hotelu nad samą rzeką, mogliśmy podziwiać piękny zachód słońca. Jak tutaj jest pięknie, jak zjawiskowo. Nie wiem jak można opisać ten widok słowami. Nie wiem jak mogę nakreślić stan ducha…Wiele dni w podróży po Wietnamie sprawiło, że nauczyliśmy się jednego – każde z miejsc jest tu niepowtarzalne. To też takim było. Magia. Każdego dnia w Wietnamie czułam coś przedziwnego – niezwykłe dobro, pozytywne wibracje…czułam zwyczajnie mówiąc szczęście. I tego wieczoru, półleżąc na pomoście, obok ukochanego męża, spoglądając na ostańce wynurzające się z rzeki tak właśnie się czułam.

Mogłabym tak trwać. Gdyby nie komary. Wróć na Ziemię Edyta!!! …albo szybko do pokoju.


 

Kolejny dzień znowu zaczynamy aktywnie. Pyszne śniadanie, motorek i już jedziemy do Pagody Bai Dinh. Jest to największa buddyjska świątynia w Wietnamie, stanowiąca obecnie popularne miejsce pielgrzymek. Znajduje się 30 kilometrów od miasta.

Zatem ponownie skuterek i oto jak piękne widoki po drodze…

Po drodze, w całej okazałości ukazał nam sie kompleks świątyń do którego zmierzaliśmy. Przepiękny!!!

Na całość kompleksu składa się nowa oraz stara pagoda, a także wiele innych budynków. Jest faktycznie okazała i z różnych poziomów można podziwiać piękne widoki. Warto wyjechać windą na wieęy by zachwycać oczy całą okazałością kompleksu. Cała Bai Dinch ma powierzchnię 700 hektarów (!) i składa się z dwóch części – starej i nowej pagody, wraz z otaczającymi je parkami. Można tam spędzić cały dzień, a i tak nie obejrzy się wszystkiego dokładnie! Kompleks świątynny robi kolosalne wrażenie, zwłaszcza ciągnące się ściany wyłożone tysiącami złotych Budd. Coś pięknego. Aparat sam się rwał do pracy, ale nie da się niestety tego piękna ot tak łatwo oddać. Wie, ze czasami fotografia jest piękniejsza niż rzeczywistość ale ta Pagoda nie jest łatwa do uchwycenia.

Idziemy w kierunku kolejnej świątyni, zatrzymując sie w dzwonnicy…a potem idziemy do  kolejnej świątyni…i kolejnej…

Oczy bolą od złota, wychodzimy na zewnątrz. Kierunek – Imponująca, widoczna z daleka wieża. Oczywiście wspinamy się na górę ( windą )

A w środku takie cudo

Widoki przefajne

Każda świątynia była tak piękna, że myśleliśmy, że to ta główna i gdybyśmy z wieży nie dostrzegli tej najgłówniejszej pewnie byśmy ja pominęli. Szczerze mówiąc gdy już do tej wieży dotarliśmy nic więcej się nam nie chciało….ale no dobra być tutaj i świadomie pominąć to co najważniejsze?

Poszliśmy….wyraźnie zmęczeni i spodziewając się tego samego co wcześniej tylko w większej ilości i rozmiarach uznaliśmy zgodnie: Warto było ruszyć tyłki.

Ale do Buddy już nie idę. Nie ma opcji. Chcę wracać. Już mam przesyt. Budda jaki jest każdy wie.  Z ulga wsiadłam na skuterek i poczułam znowu wiatr we włosach.


Wsiadamy na motorki i jedziemy dalej.

 

I wreszcie….

Czas na spektakularny punkt widokowy, który sam w sobie jest wart uwagi, a nie tylko widok z niego, a to za sprawą smoka. Góra Mua, z leżącą u jej podstawy jaskinią, niestety przyciąga tłumy. To stąd pochodzi większość folderowych zdjęć. Wdrapanie się na szczyt góry gwarantuje panoramę całej prowincji wraz z najbardziej jej malowniczą częścią – okolicą wioski Tam Coc, gdzie z góry można oglądać łódeczki płynące rzeką przez pola i znikające w paszczach jaskiń. Wspinanie się po około 400 schodach nie jest bardzo wymagające, ale już na samym  szczycie… jeśli ktoś nie ma lęku wysokości – można pobiegać wzdłuż smoka. Ja poprzestałam na kilku nerwowych zdjęciach dla Wojtka i z trzęsącymi się rękami wróciłam na bezpieczna pozycję raczyć się zimnym piwem. Nawet pozycja na murku była dla mnie wyzwaniem. A tam gdzie się kończy przyjemność, a zaczyna stres…warto zawrócić by zachować dobre chwile i widoki w serduchu.

I zaczynamy wspinaczkę

 

Pięknie było…schody warto pokonać. Wcale nie jest to bardzo trudne i uciążliwe.


 

Już po południu, właściwie w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się aby pojechać do Trang An na rejs łódką. Podobno przed zachodem słońca też jest mało ludzi, bo zorganizowane wycieczki już pojechały. Dotarliśmy do Trang An około 15,45 i baliśmy się nawet, że już nie zdążymy kupić biletów Jako ostatni kupiliśmy bilety  (200k/os.) i od razu, bez czekania, wsiedliśmy na płaską łódkę (oprócz nas była jeszcze tylko para Holendrów) i popłynęliśmy w rejs. W Trang An można wybrać spośród 3 tras, które różnią się oglądanymi po drodze atrakcjami (w różnych konfiguracjach – jaskinie i świątynie albo wioska Konga). Było mgliście, mroczno i bajkowo. Czułam się jakbym uczestniczyła w jakimś horrorze. Mgła potęgowała wrażenia. Może pływało jeszcze kilka łódek, co sprawiało, ze otaczała nas atmosfera tajemniczości. Rejs bez porównania z tym pierwszym po Tam Coc River. O wiele piękniejszy. Wpływaliśmy do jaskiń, oglądaliśmy świątynie na wysepkach…trafiliśmy do  Konga. Biegaliśmy we mgle jak dzieci na planie filmowym.

 

Tak jak zaczęliśmy pobyt w tym miejscu – tak kończymy – bajkowo i tajemniczo. Boskie miejsce

To był ostatni dzień, ostatni wieczór, ostatnie chwile w tym wyjątkowym miejscu. Jeszcze dzień…jeszcze dwa dni…tak jest tam pięknie, że żal wyjeżdżać. Naprawdę żal. Tutaj można spędzić tydzień rozkoszując się szumem ryżu na polach 😉

Do zobaczenie na Ha Long

 

 

 

 

 

komentarze 22

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.