KARO – CZYLI SZTUKA NA CIELE

img_3256-collage

Karo to najmniej liczne plemię. Żyją w 3 wioskach. Słyną ze wspaniałych malunków na ciele. Muszę przyznać ze potrafili zwrócić na siebie uwagę.

Dojeżdżamy do Plemienia Karo. Standardowo zdjęcia są robione przy rzece. Już czekają modele. Ustawieni czwórkami…trojkami…Gotowi na spotkanie z kolejnymi obiektywami. Wondu zdecydowanie najpierw kieruje nas do wioski, ale my już po doświadczeniu w ostatnich wioskach i widząc turystów kierujących się tam właśnie, decydujemy, że najpierw zdjęcia a potem spokojne zwiedzanie. W przeciwnym razie jedno i drugie będzie nieefektywne …i jakże nieefektowne. Dzięki temu mieliśmy chwilową wyłączność i spokojnie mogliśmy trochę z nimi się podroczyć i pobyć.

img_3250

img_3251a

img_3255

img_3263

img_3268

Kobiety przebijają sobie wargi, i wkładają różne ozdoby. Zwróćcie uwagę jak poważnie, wręcz smutno wyglądają na zdjęciach. Smutno pozowali…starali się tak poważnie wyglądać na zdjęciach. Wojtek kiedyś opuścił aparat i mówi – ej śliczna jesteś weź się uśmiechnij – i się roześmiała…A potem  chciała za zdjęcie podwójną stawkę bo zęby pokazała…coś w tym musi być…może to kwestia etykiety fotograficznej… Nie mam pojęcia.

img_3269a

img_3272

img_3279a

img_3282

img_3287a

czas na spokojne oglądanie wioski

img_3306

img_3295

img_3305

img_3298

img_3309

img_3316

img_3319


Tego dnia czeka nas droga do kolejnego campu w Jinka. Opuszczamy zatem nasz mangowy las. Jeszcze troszkę go zaprezentuję, może komuś się spodaba, lub zechce go ominąć;)

img_3351

img_3359

img_3360

Te domki to toalety. Ale woda była – nawet ciepła. Prysznice też niczego sobie.

img_3361

Jedziemy do Jinka. Wondu…bardzo chce być lepszy niż biuro turystyczne i zabiera nas po drodze do domu ludzi u których podobno tylko raz był.  Lud Bana. Wchodzimy tam w towarzystwie dzieci, które oczywiście nas obstąpiły. Nagle. Rodzina żyje sobie swoim życiem . Nagle pojawiamy się My. Oczywiście są zaskoczeni, ale nie okazują tego. Widzimy na ich twarzach serdeczność.

img_3371

img_3370

Zapraszają nas do środka i od razu w tykwach pojawia się kawa…kawa…hm…wywar z liści kawy o lekkim zapachu przypominającym coś…ale czy kawę…a dlaczego? Bo ziarna sprzedają.  Poczęstunek jest dla nich ważny. A wypicie napoju świadczy o szacunku wobec gospodarzy. Hm…udaje ze piję…szczerze mówiąc mam obawy. Wojtek spogląda na mnie i mówi

 – to pochlip trochę żeby myśleli ze pijesz.

– Nie umiem chlipać na niby…nie na niby też nie. Babcia nie kazała. A ty pijesz?

– nie …chlipe.

– to co mam zrobić? Ameba tam pływa?

img_3369

Najstarszy członek rodziny opowiada o śmierci, pochówkach …w tym otoczeniu…w tej ciemnej chacie nabiera to kolorytu…Potem mówi o inicjacji chłopców podobnej do Hamerów i o tym ze Bana i Hamerzy się żenią ze sobą i Karo również. Żona przeprowadza się do męża i staje się członkinią plemienia męża. Wizyta dobiega końca, bo przed nami jeszcze sporo kilometrów.


Pole kempingowe w Jinka to bardzo ładne miejsce tarasowe, ukwiecone, zielone…bardzo mi się tam podobało. Może mnie że nie było wody a kibelki takie…że cóż powiem tylko – nie korzystałam z nich…to mimo wszystko na 1 noc dało się:) Zapraszam bo jutro od rana Mursi.

img_3391

img_3395

img_3389


DASENEH – PIĘKNI I SMUKLI
Październik 8, 2016

MURSI – CZYLI TALERZE W USTACH, KAŁACHY W DŁONIACH

Tagged: ,

Dodaj komentarz