DORZE ZNACZY TKACZ- ETIOPIA

img_2720

DORZE znaczy tkacz. To pierwszy lud, który odwiedzamy. Ale robimy to dość nietypowo, a może tylko mi się tak wydaje.

Nie musimy bardzo daleko jechać bo położenie naszej lodge jest doskonałe. Jednak zawsze to możliwość pooglądania ulicznego życia. Uwielbiam przyglądać się życiu…dlatego lubię zdjęcia z drogi. W Etiopii dzieje się na niej i przy niej najwięcej. To też pokazuje jak się ludzie organizują, jak żyją. Bo droga dla nich to miejsce w którym można się spotkać i pogadać a więc nawiązywać i podtrzymywać relacje…a przecież nie ma internetu, a komórki często nie łapią zasięgu – cóż zatem pozostaje:)? bezpośredni kontakt – najwspanialsza rzecz:)

Bo droga to miejsce załatwiania różnych spraw, kupowania, wymieniania …img_2645

img_2648

W tym kraju nawet gdy nikogo nie ma na drodze…nie należy myśleć że tak jest. Wystarczy zatrzymać auto i nim wysiądziesz jest wokół ciebie mnóstwo ludzi…najwięcej dzieci…ciekawych, radosnych, dla których jesteś nadal sensacją i wydarzeniem w ciągu dnia. Wydarzeniem – niespodzianką. Tym większą jeśli coś po sobie zostawisz. Zupełnie cokolwiek nawet zdjęcie ich buziek, które ze śmiechem oglądają. Polubiłam te przydrożne dzieci wyskakujące nie wiadomo skąd i biegnące do ciebie ile sił w nogach. Choćby na chwilę. Choćby po to by ci pomachać:)

img_2590

img_2591

img_2718

img_2770

Drogi na południu to kiepskiej jakości wijące się pomarańczowe wstęgi…nieskończenie długie. I po tych drogach dzień w dzień po kilkanaście lub więcej kilometrów robią ludzie plemion. Idę na targ …wracają z pól. Dźwigają coś na plecach uginając sie pod ciężarem i promieniami słońca.

img_2722

img_2740

Drogi są ciekawe…

Zamiast jechać najpierw do wioski DORZE, zatrzymujemy się w lodgach prowadzonych przez kilku mieszkańców Dorze. Takie spanie też by mim odpowiadało. Bardzo klimatyczne.

img_2720

img_2667

img_2669

Lodge oczywiście w kształcie głów słonia, robione między innymi  z fałszywego bananowca.

Fałszywy bananowiec –Uprawa tej rośliny jest bardzo trudna, a tajniki przekazywane z ojca na syna.  Jest to roślina endemiczna występująca tylko w Etiopii. Mnie zaskakuje mnogość zastosowań poszczególnych części tej rośliny – korzenia łodyg liści. Wykorzystuje się go do wytwarzania sznurków, drobnych sprzętów. Elewacji chat, nici tkalniczych.  Miąsz ze środkowej części ucierają na papkę, która po fermentacji jest półproduktem do wypieku placków. Liście są talerzami. Suche kłącza służą do wytwarzania miodu i  budowy uli.

Proces. Gospodyni – wiek nie do odgadnięcia – najpierw ścierała miazgę z liści bananowca ostrym patykiem aż do uzyskania z jednej strony papki a z drugiej suchych nici. Nici też wykorzystują. Tu nie ma odpadów. Wszystko z bananowca się wykorzystuje. Potem  papka owinięta w liście umieszczana jest w wykopanym dołku i poddawana fermentacji. Jedną  taką wyjęła i córka dodawszy wodę z tykwy wyrabiając ciasto. Ciasto pięknie ukształtowała na cienki  placek i układając na liściach w ciągu 5 minut upiekła. Smaczny. Czuć lekką fermentację, ale z własnym miodem smakował wybornie. mówiłam że samowystarczalni?

img_2687

img_2690

img_2689

img_2691

img_2695

Oto zastosowanie w ulu

img_2702

img_2704

Jedna roślina a tyle zastosowań. Odniosłam wrażenie że to podstawa ich bytu, niezależności  ale i poniekąd samowystarczalności. Dlaczego FAŁSZYWE? Nie mają kwiatów, nie rodzą owoców, a wyglądają identycznie jak te które zjadamy.

W chacie gospodyni i jej córka poczętowały nas kawą
img_2680

Czyż nie ładna kobieta – musze tu zrobić stop klatkę. Wybaczcie – wrócę do bananów i tych prawdziwych i fałszywych ale chwila dla piękna.

ONA: czytałam, że Etiopczycy uważają się za najpiekniejszych ludzi na świecie i że dali początek ludzkości. W końcu „Lucy in the Sky with Diamonds” nawet po 3,2 mil lat wygląda całkiem, całkiem, ale że są aż tak ładne. Foch!

ON: Etiopia zawsze będzie mi się kojarzyła z najpiękniejszymi stewkami…a im dalej na południe…tym smuklejsze kobiety z wielkimi oczami. Doprawdy nie rozumiem dlaczego miałem reglamentacje na zdjęcia;)

ONA: są przepiękne…włosy, rysy…kości policzkowe…biel zębów. Wracam! Do domu! Po jakie licho osobistego tu przywiozłam i to za wspólność majątkową?!

ON: chyba dużo wydam na zdjęcia …

Ale wróćmy do wizyty. Bo na kawie się nie skończyło. Poprosil nas do innego miejsca , przebrali i uraczyli arakiem. Wszystko robią sami.

img_2712

ARAK. Poza placuszkiem poczęstowali nas własnym arakiem i nauczyłam się wznosić etiopski toast. Oj Oj  Oj ojojojo!!! Fajne okrzyki. Na kielicha wpadło kilku chłopaków. Skąd się wzięli? Skąd wiedzieli? Nie mam pojęcia. Oni wszyscy pojawiają się nagle. I nagle znikają.


Domy Słoni – Wyglądają przecudnie…poczułam się ja w jakiejś bajce przechadzając się pomiędzy nimi. Kształt kopca z otworami wentylacyjnymi przypominającymi oczy słonia a boki stylizowane na uszy….wykonane z bambusa i przeplatane oczywiście bananowcem.  Termity bardzo lubią je podgryzać i z tego powodu zapadają się w ziemię. Ale mądrzy Dorze maja i na to sposób…podnoszą domy co w efekcie sprawia ze możemy  przechadzać się pomiędzy 9 metrowymi konstrukcjami. Każda nowa rodzina buduje swój własny dom – taka inicjatywa Dom Dla MłodychJ W każdej familii stoi też dom przeznaczony na noc poślubną .

To plemię dzieli swoje domostwo ze zwierzętami. Spodziewałam się specyficznego zapachu bydła, ale ku mojemu zdziwieni  wręcz pachniała. Pachniało specyficznie bo dymem. Lubię dym …jego zapach kolarzy mi się z nastoletnimi wypadami na mazury i nocami przy ognisku.

Wondu wyjaśnił że właśnie ten dym powoduje, że nie czuć zwierząt.  Ciekawe jak jest nocą? Murczanka do snu? W każdym niemal domu było urządzenie do tkania. Prosta drewniana konstrukcja jaką i w Polsce można było spotkać. Dorze zwane jest plemieniem tkaczy. Z czasem wszystkie osoby nawet nie z tego plemienia które zajmują się tkactwem zaczęto nazywać Dorze. img_2683

Po degustacji, po toastach bierzemy miejscowego chłopaka i idziemy do ich wiosek. Ale nie na występny tylko napić się czegoś w lokalnej knajpie. Prowadzi nas dróżką wijącą się pod gorę…upał leje się z nieba…oj kondycja…zaczynamy sobie głośno obiecywać ze po powrocie basen…rower…siłownia…a kolega nic…kolega spokojnie bez oznak zmęczenia  idzie równym krokiem pod górę. Śmieje się do nas ze on codziennie 7 km tak chodzi do szkoły. No i sformułowanie  – Mieć pod górkę do szkoły nabiera tu rzeczywistego wymiaru.

Mijani ludzie są bardzo przyjaźni. Każdy mówi Salam lub Salamat, zagaduje naszego chłopaka, pyta o nas. Zgadzają się chętnie na zdjęcia i widać ze sprawia im to radość.

Ale i my znajdujemy rozrywkę, z jednego domostwa dociera do nas muzyka…wybiegają chłopcy. Kopią piłkę…piłkę? hmm  zawiniątko… to prowizoryczna bryła przypominająca kształtem kulę ale nią nie będąca, ani piłką tym bardziej – a ile radości, ile poważnego podejścia do każdego kopnięcia i śmiechu gdy białaska  brame straci, wpuszczając zawiniątko między nogami

Docieramy do wioski…spragnieni…spoceni…kto przypuszczał ze to taki kawał drogi pod górę, albo inaczej…kto nie pomyślał o wodzie na drogę?

Z wielkim pragnieniem docieramy do karczmy…chłopak pyta czy chcemy pić tadż…słyszę tylko…PIĆ…  Pewnie, że chcemy pić…cokolwiek  byleby mokre

W KARCZMIE. Wchodzimy…oczy nie przyzwyczajone do panującego  mroku…nic nie widzimy w pierwszej chwili, słyszymy tylko że nie jesteśmy sami. Chłopak pyta czy chcemy osobno czy z ludźmi. No co za pytanie! Jasne że z ludźmi!. Tadż Tedż – alkohol na bazie miodu nie wiadomo ilu procentowy – pity w specjalnych menzurkach ,  kolbach h laboratoryjnych…a o ironio obok mnie ulokował się na ławce farmaceuta. img_2727

img_2730

img_2734

Ludzie się cieszyli że siedzimy z nimi, że pijemy  i gadamy…na migi, całym ciałem a z farmaceutą po angielsku. Śpiewali, tańczyli machając laskami i koniecznie kazali robic sobie zdjęcia . A ile radości podczas oglądania. Bezcenne. Jeden z radość nawet tańczyć zaczął.

img_2737

A że ja fajna dziewczyna jestem to świetnie się bawiłam:)


Tego dnia czekała nas jeszcze jedna atrakcja. JEZIORO CHOMO – KROKODYLA DAJ MI LUBY! Po szybkiej dezynfekcji – w drogę…bo krokodyle …bo hipopotamy…!  Taa wycieczka po jeziorze jak fishing w Meksyku – nie ten czas, nie ta pora. Na fishing wybraliśmy się po południu i jedyny efekt to było mącenie wody, a tutaj popołudniowe polowanie na Hipcie , które zmęczone upałem śpią – to pomysł równie „genialny”.  Można śmiało powiedzieć – faktycznie – polowanie połączone z podchodami.

Widzieliśmy 2 hipcie i 1 krokodyla. Szczerze mówiąc wracaliśmy rozczarowani . Ale  tylko z powodu braku zwierząt a nie  otoczenia. img_2772

img_2779

img_2818

img_2828

img_2836

Oczywiście Wondu nie byłby sobą gdyby nie zapytał czy jestem szczęśliwa, a ja nie byłabym sobą gdybym skłamała.


Powrót do lodge oczywiście uwieńczony pluskaniem w basenie. Fantastycznie w takim miejscu poczuć chłód wody. Gdy o 19 podjechał Wondu aby zabrać nas na kolacje, byliśmy rześcy i gotowi na nowe. Pojechaliśmy do Some Restaurante. Zamówiliśmy zupę rybną – podana została z limonką, a baza była pomidorowa. Rewelacja! A potem zjedliśmy rybkę o znanej nazwie ale zaskakującym wyglądzie. Znam ją z filetów mrożonych a tu proszę Tilapia w całej krasie. No i oczywiście było to co tygryski lubią najbardziej – czyli białe wino.

img_2858

img_2860

img_2855

Wspaniała uczta!


ETIOPIA – DROGA NA POŁUDNIE
Październik 7, 2016

INICJACJA HAMERÓW – NIGDY TEGO NIE ZAPOMNĘ

Tagged:

Dodaj komentarz