GONDER – PÓŁNOC ETIOPII Z MAFIĄ W TLE

img_3936

Najpierw zwiedziliśmy kompleks zamków w Gonder, które w XVII i XVIII wieku pełniły funkcję rezydencji cesarzy Etiopii. Kompleks bywa określany jako „afrykański Camelot”

Do Gonder przylecieliśmy z Addis Abebe. Może najpierw kilka słów o samym locie. Przede wszystkim prawdą jest, ze jeśli przylatujesz do Etiopii Ethiopian Airline płacisz za bilety na loty wewnętrzne najmniej. Jesli nie docierasz tymi iniami do tego kraju – nie kupuj biletów w Polsce. Kup na miejscu. Są i sa tańsze. A co do samego lotu…zapraszam do czytania  🙄

Lotnisko małe ale super zorganizowane. Musi takie być bo w tym chaosie musi być metoda. Wszyscy są razem odprawiani. Nie ważne gdzie lecisz. Wszyscy wchodzą razem do GATÓW. A potem nawet gdy czekasz przy właściwym wyjściu, okazuje się ze nastąpiła zmiana planów i lecisz co prawda do Gonder ale razem z tymi którzy do Lalibelli i do Aksum. Przy okazji szybko zmieniają ci samoloty, gaty, no i godziny odlotu. A wszystko jakby ręcznie…ktoś podchodzi i ci mówi…wskazuje…przekieruje…Taka organizacja w braku organizacji a moze odwrotnie. 20160111_085051

Lot? rewelacja. Bombardier ze śmigłami. Śmigła się kręcą …na pokładzie cały czas gra muzyka…przypomina mi się piosenka Lady Pank o Titaniku….ale po chwili catering…no całkiem, całkiem jak na 1 godzinny lot. Lądowanie lepsze niż kiedykolwiek…łapiemy tuk tuka…za 120 birrów i w drogę do miasta. Plan dość trudny – zwiedzanie i …szukanie transportu do Lalibeli – musimy tam być – jest rezerwacja jest plan! Rzucamy hasło: chłopcy musimy dziś być w Lalibeli i ośmiornica….rozpościera swoje macki. Zaczyna się telefoniada…każdy dzwoni do kogoś….i od tej pory jesteśmy obserwowani przez mafię turystyczną. Czytałam o tym ale na własnej skórze to  nie jest fajne!

Może najpierw trochę zdjęć a potem nasze perypetie….

Najpierw zwiedziliśmy kompleks zamków w Gonder, które w XVII i XVIII wieku pełniły funkcję rezydencji cesarzy Etiopii. Bywa określany jako „afrykański Camelot”. Budowę tych warowni rozpoczął cesarz Fasiledes (1632–1667), znany jako obrońca Kościoła etiopskiego i gorliwy zwolennik pielęgnowania narodowych tradycji. Był on również inicjatorem rozbudowy Gonderu i nadał mu charakter, który przetrwał do dziś. Zamek to kwadratowy, bryłowaty blok z grubo ciosanych kamieni o czterech okrągłych wieżach narożnych z kopułami. Cesarz Teodor II, obserwując z tych wież kryształowoniebieską, doskonale widoczną taflę niezbyt odległego jeziora Tana, nazywał je swoim zwierciadłem. Wnętrze zamku ma obszerne jasne sale o oknach wąskich i wysokich, zakończonych łukiem.

img_3935

img_3956

img_3944

img_3918

img_3924

img_3939

Kościół Debre Byrhan Syllasje

Aby mieć pełny obraz budownictwa z okresu rozkwitu Gonderu koniecznie trzeba obejrzeć ten kościół. Jest to najważniejszy kościół tego miasta – leżący kilometr od Gonderu – Debre Byrhan Syllasje (kościół Trójcy Świętej). Znajduje się na wzgórzu, z którego widać miasto oraz cały kompleks zamków. Kościół stoi wśród cedrowych drzew sadzonych niegdyś przez cesarza Jana I. Resztki murów rozrzuconych dookoła świątyni świadczą o tym, że wzgórze było zamieszkane. Dziś jest opuszczone. Kościół wybudowany przez Ijasu Wielkiego jest otoczony murem z wieżyczkami. To perła . Najcenniejszym zabytkiem kościoła są wspaniałe malowidła. Namalowano je na pergaminie, który następnie był przyklejony do kamiennych ścian. Chociaż nie były konserwowane, wciąż mają żywe barwy.

img_3982

img_3978

img_3970


Mafia 

Czytałam, ale nie spodziewałam się, że tego doświadczę i to w takim stylu. Gdy o tym myślę…nawet teraz piszą bloga – mam gęsią skórkę. Życiu nic nie zagrażało, ale poczucie bezsilności jest obezwładniające…Ale od początku

Już pierwsze sygnały dotyczące szybkości rozprzestrzeniania się informacji w Gonder docierają do nas w tuk tuku z lotniska, ale wtedy wydaje nam się że to może dobrze – a niech dają znać sobie nawzajem że potrzeba jest. Nic bardziej błędnego – to nie moja potrzeba, tylko ich została tu odkryta…to nie ja byłam potencjalnym klientem którego trzeba usatysfakcjonować lecz potencjalną zdobyczą na której w sprytny sposób trzeba zarobić. A na czym spryt polegał? Zanim dotarliśmy do miasta mafia ustaliła cenę dla nas którą jak mantrę powtarzał każdy zapytywany przez nas, a członkowie mafii…te same twarze…te same osoby pojawiały się wszędzie tam gdzie i my. Już zaczęliśmy sobie z nimi piątkę przybijać i śmiać się że zwiedzają z nami…pewnie pierwszy raz…ale śmiech nam szybko minął gdy okazało się że czas leci…transportu nie ma…cena stoi w miejscu…a oni niestety krok w krok jak cienie za nami blokując porozumienie z innymi w sprawie wyjazdu z miasta.

Wiedziałam że są 2 miejsca z których możemy się wydostać : Piazza i Bus station. Skoro na Piazza chcieli 5…4… tysiące czyli 200 ponad $$$ to niewzruszona stwierdziłam że biorę tuk tuka i jedziemy na dworzec . Przecież tyle to samolot nie kosztuje. Zawsze był plan B – nocleg w tym coraz mniej fajnym mieście i lot rano….ale nie był to plan na który mieliśmy ochotę. Pewien gość mówi 3 tys…no jakoś nadal drogo …kurcze 2 to max – czytałam przecież…:) hehehe…taaa czytałam….

Wojtek już kręcił głową…ale jeszcze nic nie mówił. Na bus station to samo- 5 tys…schodzą po negocjacjach na 3 tys …ale w busie z innymi ludźmi i może jechać ponad 10 h!

Nagle woła nas chłopak…zaprasza do biura…mafia za nami. Zatrzaskuję im drzwi…dogadujemy się na 3 tys (a mogłam brać od razu, szkoda czasu i nerwów – czytałam…taaaa)

Mówią żebyśmy poczekali. Zapewniają ze 6 h i będziemy w Lalibeli…Oni i czas…osobną książkę można napisać…czekaliśmy prawie 1,5 h.Nagle się pojawiają i mówią że spokojnie mamy czekać nadal bo oni załatwiają …znowu dzwonią…znowu telefony…ktoś do kogoś gdzieś…i nadal nic

No to co? zostaliśmy sami…na szczęście nadal z kasą, paszportami. To może powrót na bus station – i pojedziemy z innymi?. I w takich momentach jak na filmach pojawia się ON – wybawca- facet wreszcie okazał się skuteczny – jest auto,  wsiadamy! hurra uff Lalibela! A jednak nie….teraz do jakiegoś biura coś podbić, ale wcześniej zmiana opon…tik tak tik tak…czas leci. Lecz gdy po raz piąty mijamy zamek… zaczynam mieć dość tego widoku…jak w dniu świstaka…i odczuwam niepokój. Dlaczego jeżdżę w kółko? Miasto staje się dla mnie Sodomą i Gomorą…koszmarem sennym po obejrzeniu horroru. Tęsknię za spokojnym południem i za dzikimi z kałachami. Kierowca mówi, że w biurze nie dają jakiejś pieczątki i dlatego krążymy.

Zaczyna mnie obezwładniać bezsilność. Jak nie masz na coś wpływu nie zajmuj się tym – słyszę swoje słowa …o jak łatwo mądrym być w Europie. No dobra spróbuję…leci fajna muzyka…w końcu dojadę, a że późno to trudno…Nic nie poradzę. Zaczynam akceptować tę sytuację, a to już level wyżej od tolerancji –  jest dobrze przecież pieczątkę załatwią. Co tam pieczątka – sama im podbiję:)

Stoimy…wracają… uf…ruszamy…stajemy – mówią , że zwrócą nam kasę ale nie pojadą.  Nie mogą bez tej pieczątki! Czyli dalej jej nie mają! Za 3 h noc – ja od kilku godzin robię trasę wokół Gonder. Chcą mnie wysadzić dać kasę i mam robić co chcę. O nie – w tym momencie mówię nic z tego. Mam być w Lalibeli – w różnych sytuacjach mam różne metody – nie zabijam  ale zadziałałam na emocjach – jak baba;) i znaleźli mi innego kierowcę, inne auto. Przesiadka i koniec końców znowu jadę. Zamek raz…zamek drugi raz…drugie podejście…po pieczątkę i znowu chcą nas zostawić bo zgody brak!

Kurna o co chodzi??? tym razem nie wytrzymujemy i wchodzimy, do jak się okazuje urzędu w barakach, a tam urzędujący urzędnicy patrzą na nas i mówią – nie wypuścimy was z miasta.

Puściło mnie – nie wiem kiedy poleciały mi łzy…bezsilności…nie chcieli słuchać…pytam jakim prawem? jestem wolnym człowiekiem i nie mogą mnie przetrzymać. Ich prawem – możemy spać w noclegowni!

W tym czasie podchodzi Wojtek i mówi – słuchaj zabrałem z auta kluczyki, nie pojadą bez nas. Pokaże ci gdzie je wrzuciłem tylko cicho…szok, tego było za dużo. Nie mogę wyjechać z miasta z nieznanej mi przyczyny,  noclegownie proponują,  a mąż kradnie kluczyki !

Zadzwoniłam do Wondu – mówię słuchaj stary zrób coś w tym swoim języku z tymi krajanami albo podaj mi odnaleziony w necie tel do ambasady…

Wondu pogadał 5 minut – urzędnik nad urzędnikami łaskawie przybił pieczątkę . Pytam Wondu jakim prawem? Słyszę  – ich Edyta ich prawem.

Na koniec usłyszałam od urzędnika urzędników czyli człowieka prawa o nieograniczonej władzy – ważne słowa: To wasza wina. Kto kazał wam tu przylecieć bez biura podróży? Biura za wyjazd z miasta płacą.

Nie chcecie słyszeć w jakich słowach podziękował mu Wojtek – mam to nagrane. Dozwolone od lat 18. Dziękował po polsku. Wyjeżdżamy z GETTA

Droga …była długa…wcale nie trwała 6 h tylko bite 8..dotarliśmy przed północą…po drodze trochę widoków ale adrenalina nas puściła…

Kierowcy okazali się wesołymi chłopakami…a ich wesołość rosła wprost proporcjonalnie do wyrzutego czatu;). na szczęście rzuł go ten po prawej czyli nie przy kółku…ale obserwacja zmiany nastroju gościa pod wpływem zielska….

jeszcze zdążyłam uchwycić takie widoki i zasnęłam…img_4003

img_4009

img_4015

Podsumuję ten dzień

– nie podobał mi się, wiem, że nie lubię bezsilności…ale największym wsparciem dla mnie był Wojtal – ostoja spokoju, szukający rozwiązania, myślący i nawet kradnący kluczyki:) – mogę z nim lecieć wszędzie i wiem że dam radę. Etiopii dziękuję za to. Czasami trzeba coś przeżyć, czegoś dotknąć by coś zagościło inaczej w świadomości.

To była jedyna sytuacja w tej wyprawie, która nie była fajna…ale wiem, że mogliśmy jej uniknąć, mogłam albo brać od razu transport publiczny albo na drugi dzień samolot. Niestety byliśmy zachłanni na Lalibellę…no to w końcu ją mamy. Zapraszam na kolejny post…już bez takich emocji – będą inne.


MURSI – CZYLI TALERZE W USTACH, KAŁACHY W DŁONIACH
Październik 8, 2016

LALIBELA – BELLA

Tagged:

Dodaj komentarz