Azja,  Podróże,  Wietnam

HA LONG – SMOCZE OSTAŃCE

Ha Long – tu naprawdę jest tak pięknie! Genialnie. Idealnie. Właśnie leżę na łóżku, parzę w okno i widzę przesuwające się powoli obrazy, wspaniałe ostańce, które wyglądają jakby je ktoś tam umieścił specjalnie. Ot, tak wziął i przyłożył, a potem kolejny…i jeszcze jeden… A mogłoby mnie tutaj nie być…

Kto nie słyszał o największej atrakcji Wietnamu? Kto nie słyszał o Ha Long? Prawie każdy, kogo ten kierunek nawet trochę interesuje. Więc jak mogło by mnie tutaj nie być? Ano mogło, bo nie wszystko układa się jak po przysłowiowym maśle. Wróćmy więc do początku. A na początku czytałam mnóstwo blogów, wspomnień, opowieści. Prześledziłam fora. Wynikało z nich, że zakup rejsu po zatoce to bardzo prosta sprawa, że się o turystów biją i, że jest dość tanio ok 70$ za osobę za 2 dni. Tak…pisali, czytałam, a życie napisało swój scenariusz, który o mały włos nie udaremniłby tej ekscytującej wyprawy.

Już w hotelu w Tam Coc, a właściwie w Trang An okazało się, że wołają po 210 $ za osobę. Nic z tego przecież kurcze czytałam, że 70! Postanawiamy,  że jedziemy sami – w końcu oni sami nas będą szukać, prosić i namawiać na rejs gdy się już znajdziemy w okolicach zatoki, a wtedy nawet lepiej wywalczę, w końcu moje umiejętności negocjacyjne są na iście zawodowym poziomie. Taaaa. No to zejdźmy na ziemię. Najpierw sprowadziła nas na nią sama aura – padało, wiało, niebo szare. Coś okropnego. Zero widoczności. Ja już prawie zrezygnowałam. Po co mam tam być skoro taka paskudna pogoda? Być żeby być? Sztuka dla sztuki? Przecież tam się jedzie dla widoków. Ale, Wojtek się uparł. W podróży obowiązują zasady oparte na kompromisie. Nie jest to moja ulubiona strategia negocjacyjna, ale przystałam na nią i na szczęście. Od bezskutecznej złości na pogodę przeszłam do działania i już po chwili rozmawiałam przez telefon z kobietą, która zarezerwowała nam rejs, przesyłałam jej zdjęcia paszportów i odbierałam instrukcje kto i kiedy po nas przyjdzie. Cena? Nie taka jak z Hanoi. 100$ od osoby za dwa dni i z dowozem do hotelu w stolicy. Bierzemy !

Negocjacje odbywały się w tej kawiarni. Jak tam dotrzeć samemu? Poprosić taksówkarza by zawiózł do przystani i po lewej stronie jest rząd kawiarenek i agencji. Wybieramy którą chcemy. Ta nasza była oczywiście najtańsza. Ale pamiętajcie – jeśli lądujecie w Hanoi to odpuśćcie sobie Ha Long na własną rękę i zdajcie się na agencje ze stolicy. No chyba, że macie w planach jeszcze inne miejsca w okolicach zatoki. Trzeba pamiętać, że  wszystkie agencje organizują ten sam program, a zatem dla osób, które lubią inaczej – nie będzie to atrakcyjna opcja. W każdym razie wybór jest, a to najważniejsze.

Po chwili pojawia się przemiły chłopak, wręcza nam przywieszki Victoria Cruises i wraz z innymi dopływamy na pokład statku małą łódką, która od tej pory będzie nam służyła zawsze. Do tej pory nie wiedzieliśmy nawet czym płyniemy – tak więc choć za mnóstwo pieniędzy to jednak bardzo dobrym statkiem będziemy się bujać na wodach sławnej Ha Long.

Kilka  słów na temat samej zatoki, tak aby wszystkim ją nieco przybliżyć

Zatoka Ha Long to bez wątpienia jedno z najpopularniejszych miejsc w Wietnamie. Zatoka lądującego smoka, bo właśnie to znaczy Ha Long ma około 120 metrów linii brzegowej, a jej powierzchnia wynosi ponad 1550 km kwadratowych. Na jej obszarze znajduje się prawie 2000 wapiennych wysepek, które tworzą chyba najbardziej znany z pocztówek i przewodników obraz zatoki. To właśnie ilość skał sprawia, że widok jest tak spektakularny.

Jesteśmy gotowi na przygodę!

Zapraszamy na statek. Dla mnie był naprawdę przefajny, nie wspominając o widokach z każdej strony. Tutaj widać go w całej okazałości gdy do nas podpływa. Za chwilkę dotrzemy do niego małymi łódeczkami

A oto i on…lub ONA, zważywszy na nazwę.

Na przywitanie dostajemy nasączone, ciepłe ręczniczki, drinka i klucze do kajuty. Zakwaterowanie dość przypadkowe – przy którym stoliku usiądziesz tam bęc i taki numer pokoju dostajesz. Pokłady sa cztery. Dwa są mieszkalne, jeden restauracyjny, a ostatni, ten najwyższy to taras z leżakami. To tutaj odbywają się lekcje gotowania, ćwiczenia Tai Chi i to tutaj podziwiamy zachody i wschody słońca. Po pół godzinie jest obiad, ale najpierw dostajemy program całej imprezy.

Pierwszy dzień:

13,00 – obiad

15,00 – zwiedzanie pływającej wioski

17,45 – nauka gotowania

19,30 – kolacja

21,00 – relaks, łowienie krabów

Drugi dzień:

6,30 – Tai Chi na tarasie

6,50 – czas na kawę, herbatę i przekąski

7,20 – zwiedzanie jaskini i plaży

9,30 – brunch

I około 12,00 koniec, odjazd w naszym przypadku do Hanoi

Chwilkę zdążyliśmy się poupajać widokami i od razu poprosili nas na obiad.  Nie, to nie obiad – to uczta. Dania są przewspaniałe, różnorodne i jest ich bardzo dużo.

Zaczynamy od przystawek: Kraby faszerowane, Krewetki smażone w sosie cytrynowym, Spring Rollsy. Potem na stole pojawiają się kalamary, ryż, ryby, warzywa w czosnku, na deser owoce, ciasta…

Na statku dbają o ilość atrakcji. Na pewno nie można się na nim nudzić. Zresztą czy w takim miejscu można by było? Mnie wystarczył leżak na górnym pokładzie i widoki. Nic dziwnego, że zatoka jest uznana jednym z siedmiu cudów świata.

Dlaczego tak zatytułowałam wpis? Skąd się wziął w nim SMOK?

Już wspominałam, że wietnamczycy lubią legendy. Nie mogłoby zabraknąć legendy związanej z tak znanym i popularnym miejscem, a przede wszystkim naprawdę pięknym miejscem. W legendzie jest miejsce dla Smoka, a zatem posłuchajcie:

…dawno, dawno temu, gdy Wietnamczycy utworzyli swój kraj, musieli walczyć z wrogiem. Bogowie, chcąc pomóc Wietnamczykom, przysłali im na pomoc smoki. Te wielkie stworzenia wypluwały ze swoich ust niezliczone ilości pereł, które zamieniały się w skały, blokując drogę przeciwnikom. Pędzące zbyt szybko statki roztrzaskiwały się na drobne kawałki. Po wygranej walce smoki postanowiły pozostać na miejscu bitwy. Podobno po dziś dzień zamieszkują Ha Long. Miejsce, w którym wylądowała matka – smoczyca, to właśnie dzisiejsza zatoka lądującego smoka.

 


Po krótkim odpoczynku poobiednim płyniemy kajakami i łódkami – co kto woli, do miasteczka na wodzie. Możemy poznać w jaki sposób rybacy hodują ryby. Tak właśnie hodują je tutaj. Jak upływa im życie na wodzie. Po drodze wpływamy do jaskiń, z ciekawością podglądamy domostwa. Wycieczka jest bardzo przyjemna, relaksująca. A pogoda coraz piękniejsza. Nie możemy oderwać oczu od ostańców. A tak się martwiłam, że ich nie dostrzegę przez pogodę. A tutaj i pogoda się zmieniła

Zaraz wsiądziemy na te łupinki i przepłyniemy taką trasę…

Domy na wodzie, zwykłe/niezwykłe życie ludzi utrzymujących się z wód zatoki.

Po chwili na pokładzie organizowano naukę gotowania, poprzedzoną pokazem. Oczywiście daniem, którego nas uczono było  jedno z najpopularniejszych dań czyli sajgonki. Każdy jakiś wyrolował, i choć później były smażone na głębokim oleju to skutecznie mieszanina cudzych łap zaszkodziła Wojtkowi.

Niestety, z tego powodu, jego radość z kolacji trwała do jej połowy. Zupełnie się źle poczuł. A szkoda bo znowu była niebywała. Zaczęła się od zupy z owoców morza, później pojawiły się przystawki – sałatki, krewetki, grillowane ostrygi…dla mnie raj. Dania główne – ryby, wieprzowina, kurczak, ryż, zapiekane warzywa i ciasta i owoce. Zarówno do obiadu jak i do kolacji piliśmy wspaniałe, białe Trebiano. Stęskniłam się za dobrym, włoskim smakiem.

Wieczór, noc, piękny wschód słońca – wszystko to jest  tutaj niczym magia, bajka, niezwykle duchowe przeżycie. Jeśli ktoś zastanawiałby się czy warto wybrać się na taką wycieczkę, w miejsce wszak niezwykle turystyczne, to po stokroć powtórzę : WARTO

Gdy leżeliśmy na pokładzie i podziwialiśmy zachód słońca byłam najszczęśliwszą osobą we wszechświecie. Błogo, leniwie, refleksyjnie.

Gdy rano płyniemy na jedna z plaż nie spodziewamy się, że coś nas jeszcze zaskoczy. Udaje się to jaskini. Choć jest tu bardzo wielu zwiedzających ( w końcu wszystkie statki maja podobne rozkłady) Nie są to jeszcze tajskie, ani filipińskie tłumy, do których dzięki licznym Chińczykom zaczynamy się przyzwyczajać. Bardzo nam się w niej podoba. 

Jaskinia była naprawdę śliczna, a zatoczka, w której można popływać bardzo czysta i naprawdę zachęcająca do kapieli – szkoda, że nie pomyślałam by zabrać strój.

Cóż mogę powiedzieć o Ha Long? Ile odsłon w internecie tyle opinii. Ja się dołączam do tych zachwyconych miejscem, widokami, atmosferą i nawet pogodą. I choć kompromis na który poszłam z Wojtkiem to strategia półśrodka, to bardzo szybko zaczęłam się cieszyć z tej decyzji. Mam takie poczucie dopełnienia w tej całej długiej – niedługiej ale intensywnej podróży. To była wisienka na torcie. Ale nie kropka nad i…zatem jedziemy dalej – do Hanoi.

Ostatnie spojrzenie w iście panoramicznym stylu na zatokę

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

komentarzy 11

Skomentuj Łukasz Jarych Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.