SIMILANY – TAJSKIE SESZELE

To miejsce, którego nie można w żadnym wypadku odpuścić będąc w Tajlandii. To była najpiękniejsza wycieczka, choć cały wyjazd obfitował w szczęśliwe wyprawy i dostarczał różnorodnych wrażeń. Jednak Symilany wpisały się na listę TOP .

Similany to najpiękniejszy morski Park Narodowy w Tajlandii. Uznane za światowe dziedzictwo przyrodnicze i za jedno z dziesięciu najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Jednym słowem wyspy wyglądają tak, jak powinien wyglądać tropikalny raj. Archipelag składa się z 9 wysp, a podwodna rafa liczy sobie 5000 lat. Wyspy zamieszkiwane są przez dziesiątki gatunków ryb rafowych i koralowców. Similany są dostępne do zwiedzania jedynie przez pół roku- od początku listopada do końca kwietnia. Jesteśmy w idealnym czasie.

Jak się na nie dostać?

Najbliżej jest, czyli najszybciej z Phuket. I tak właśnie my robimy. Zaczniemy zatem od Phuket. Dolecieliśmy tutaj z Chiang Mai już nocą. Choć hotel był bardzo blisko lotniska, negocjacje nie wchodziły w grę. Reguła niedostępności. Paradoksalnie okazało się, że właśnie bliskość hotelu sprawiła, że taksówkarze nie bardzo chcieli z nami rozmawiać. A jeśli już to o konkretnych pieniądzach. No cóż trzeba było wyskoczyć z kasy i zapłacić 40 zł za 5 minut drogi.

Skoro tak, to niechaj nas taxi zawiezie do marketu – zapasy trzeba uzupełnić. Nasz resor to KASALONG Phuket Resort Nai Yang. Nocą hotel zrobił piękne wrażenie. Kameralny z 16 willami, o powierzchni ponad 60-cio metrowej. 2 pokoje i wielki taras na którym wieczorami skąpani wilgotnością sączyliśmy Honga.

W dzień podobał nas się równie bardzo.

Właściwie po samym Phuket nie spodziewaliśmy się niczego specjalnego. Pomysł był taki, że docieramy tutaj ze względu na Similany i traktujemy Phuket jako bazę wypadową.

Ale…nas bardzo miło zaskoczyła okolica. Może to za sprawą pięknej plaży, nie tak komercyjnej i pełnej turystów jak te w południowej części.

Plaża Nai Yang, naprawdę nas ukoiła, zarówno w dzień, jak i wieczorami.

Wieczorami wracaliśmy tutaj na kolacje.

Wróćmy jednak do tematu głównego, czyli do archipelagu Similanów. Similany to 9 granitowych wysp, porośniętych tropikalną dżunglą, obmywanych czystymi niebieskimi wodami oceanu i obramowanych jednymi z najpiękniejszych plaż Tajlandii. Wyspy znajdują się w odległości około 100 km na północny-zachód od Phuket.

Nazwa wysp pochodzi z języka malajskiego, w którym sembilan znaczy „dziewięć”. Obecnie każda z wysp posiada swój numer (od 1 do 9). W języku tajlandzkim ich nazwy brzmią następująco:

  • Ko Huyong – wyspa nr 1
  • Ko Payang – wyspa nr 2
  • Ko Payan – wyspa nr 3
  • Ko Miang – wyspa nr 4
  • Ko Ha – wyspa nr 5
  • Ko Payu – wyspa nr 6
  • Ko Hin Pousar – wyspa nr 7
  • Ko Similan – wyspa nr 8
  • Ko Bangu – wyspa nr 9

Wyspy nazywane bywają także „brylantowymi”.Jeśli pragniemy zatrzymać się na Wyspach Similan mamy do wyboru trzy opcje: nocleg na polu namiotowym lub w bungalowach zarządzanych przez Similan National Marine Park (możliwe tylko na wyspie nr 4 i nr 8) lub na łodzi safari

Wyjazd na Similany miał być o 7:30. Spakowaliśmy się spokojnie, oddaliśmy do przechowania bagaże i poszliśmy na śniadanie. Zdążyliśmy zamówić, a już o 7:10 czekał na nas minibus. Panie wrzuciły nam w ostatniej chwili tosty. Docieramy do punktu, w którym zbierają się wszystkie busy i wszyscy głodni wrażeń ludzie. Organizacja doskonała. Są dwie szybkie kolejki – na Symilany i na inna wyspę.

Dostajemy branzoletki – kolor żółty. To ma znaczenie. Od razu kierują nas  do przymiarki i doboru płetw, dostajemy cały sprzęt – maski rurki i huraaaa… śniadanie. Bay, bay dieto – to Tajlandia! –  nie mam ograniczeń. Pochłaniam te pychoty. Wołają „Yellow”. Idziemy zatem. Wita nas przewodniczka. Mówi co nas czeka, ściągamy buty i do szybkiej łodzi.

Dopływamy do wyspy nr 4. I bardzo dobrze, bo mała plaża  robi umiarkowane wrażenie. I bardzo dobrze, bo lubię stopniować sobie doznania. Przechodzimy na dużą plażę.

Mijamy kampingi i namioty dla pozostających na wyspie. Fajnie byłoby tam pomieszkać. Naszym oczom ukazuje się „Laaaazzzuuur”, piach, skały. Po to tu przyjechałam.

Jak dziecko nie czekając na nikogo wskakuję do wody. Wspaniała. Czuję, że wiem po co żyję i pracuję. Po to przyjechałam. Warto było pokonać strach przed lotem, godziny czekania na lotniskach. Oczywiście Wojtek zamiast zanurzyć się w lazurkach robi zdjęcia. Po 40 minutach musimy wracać. Czuję niedosyt, bez sensu!!! Wręcz jestem zła. Chcę leżeć pływać wyłączyć myślenie, a tu gonią.

Laskiem przechodzimy na lunch i znowu doskonała organizacja. Dostajemy talerze, sztućce i do boju – nudle, ryż, kurczak w sosie, kurczak z grilla, grillowane warzywa, surówki, zupa z ośmiornicy i krabów, a desery…mini galaretki, ciasta, ciasteczka, owoce, mnóstwo soków. Chyba pójdę na dno.

Ja spragniona pływania zaraz po obfitym obiedzie wskakuje do wody. A co tam. W końcu dopiero w wieku starczym nauczyłam się pływać z rurką. Więc ją łapię i już mnie nie ma.

Wołają „Yellow”. Ok. Nie da się tu zostać na zawsze. Trudno. Idziemy do łajby. A tam podwieczorek. Chcą mnie wykończyć?

Na wyspie nr 9 dzieci zostały na łodzi, a my wskakujemy – ja radosna szczęśliwa, z nową zabawką rurką. Ale pod wodą niewiele było. Najciekawiej na powierzchni. Formacje skalne były piękne, lecz rybek brak.

Nadrobił piękny żółw, który się nagle pojawił.

Gdy wracamy …ostatkiem ucha słyszę „help” – ktoś wołał za nami . Choć słowo „wołał” chyba na wyrost. Ledwo jęczał.

– Wojtek, ktoś woła pomocy

– Nikt nie woła

– No to wymawia …słowo „help”

Wojtek podpływa do mężczyzny, a ja płynę do łodzi po ratowników. Facet był bez płetw i sił, ale na szczęście w kapoku – większość Chińczyków i Japończyków snurkuje w kapokach. Dziwiło mnie to, ale teraz widzę, że słusznie. Tak opadł z sił, że zaczął uwieszony ściągać  Wojtka w dół. Pomoc wcale tak szybko nie nadeszła. Dopiero nasza babka z obsługi wskoczyła, odwróciła go i przypłynęła z  wystraszonym, ale żywym Chińczykiem. 

Po wyspie nr 9 była 8 – ta z folderu, po nią przyjechałam, dla niej pokonałam te setki kilometrów. Skała, plaża, zatoczki, baseniki naturalne. Przepiękne. Mamy ponad godzinę. Cieszymy się każdą chwilą.

Similany Tajskie Seszele…Myślę, ze mogę teraz porównać. Podobają mi się bardziej – są dzikie, prawie bezludne, można popływać wśród  tych niezwykle fotogenicznych głazów. Byłam tu bardzo szczęśliwa. Szczęśliwością dziecka. Similany wydobyły ze mnie Małego Księcia.

 

 

 

 

 

 


BANGKOK – MIASTO KTÓRE WCIĄGA
Listopad 12, 2018

CHIANG MAI – STOLICA 100 ŚWIĄTYŃ
Listopad 13, 2018

Komentarze:

Dodaj komentarz