AUTO TO WOLNOŚĆ – BEZDROŻA OMANU

„…I dopiero drugiego dnia Wojtek się przyznał, że nie spał całą noc nie tylko z zimna, ale ze strachu, że w tych surowych górach zginiemy, że to auto nas zawiedzie , że zawiodą jego  umiejętności…Nie sądziłam, że aż tyle emocji tłumił w sobie, nie zarażając mnie nimi, właściwie chroniąc. W Omanie poznałam znaczenie słów: Nie wybieraj się w podróż z kimś kogo nie kochasz.”

 

Pierwszy dzień samodzielnej trasy. Nic nie zapowiadało tego co nas spotkało. Podekscytowani, gotowi na przygodę, otwarci na to co przed nami, cierpliwie czekaliśmy w wypożyczalni na swoje auto. Ono na takich wyjazdach stanowi dla nas kwintesencję wolności i swobody, daje możliwości dotarcia tam gdzie chcemy i jeśli chcemy.

Byliśmy przygotowani na nocowanie w namiocie ( mieliśmy ze sobą, materace również ), na robienie pikników ( zabrałam nawet obrus i serwetki, sztućce), nawet na spanie w samym aucie ( ale to nie było potrzebne, bo Oman jest przyjazny )

Zapakowaliśmy się sprawnie i ahoj przygodo!!! Aha, najpierw test dla GPS ( niestety damski głos )

I zaczęły sie widoki. Oman jest niezwykle zróżnicowany w tej części..

Kierunek… Nakhal – samo miasteczko jest niewielkie choć i tutaj można się napić dobrej omańskiej kawy z kardamonem. Przyjechaliśmy  tu z powodu fortu. Nie należy do największych, ale z jakiegoś powodu najbardziej nam się spodobał. Może ze względu na symetrię, dobrze zagospodarowaną przestrzeń, taką bardzo fotogeniczną.

Otaczają go gaje palmowe, a palmy w Omanie są  wyjątkowe, bardzo gęste.

Jego historia sięga okresu przedislamskiego. Został wpasowany w skały, dlatego ma nieregularny kształt. W wielu miejscach skały stanowią fragmenty ścian wewnętrznych. W piątki odbywa się tu aukcja kóz podczas cotygodniowych kozich targów. Nieopodal można się wykąpać w gorących źródłach Ain A’Thawwarah.

Godzina drogi i docieramy do kolejnego punktu programu. Na razie wszystko zgodnie z planem, mamy nawet czas na piknikowanie i podziwianie budynków po drodze.

Rustaq – kolejne miasto, niegdyś stolica, choć będąc w nim, trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Obecnie turystów przyciąga tutaj…również fort. To imponująca budowla zbudowana na trzech poziomach, zawierająca osobne domy, zbrojownię, meczet i cztery wieże. Najwyższa wieża ma wysokość 18,5 m i średnicę 6 metrów. Trochę zaczynam się w nim gubić…a w kolejnych fortach zatracę się orientacyjnie całkowicie. Oj mieli wile ukrytych miejscówek…

Rustaq to obszar leczniczych, ciepłych źródeł, z których najbardziej znane jest Ain al Kasafa. Jego wody mają temperaturę 45 °

Przed nami dość długa trasa. Jedziemy w góry.

Najpierw zatrzymaliśmy się na dłużej przy wąwozie węża. Ale to nie jest tak, że się wysiada z auta i o! wąwóz! Wiedzie do niego ciekawa trasa, pomiędzy skałami, wielkimi głazami i szczelinami. Trzeba było skakać, przeciskać się, czego nie znoszę, czasami brodzić w wodzie. Ale było pięknie. Widoki obezwładniały. Tutaj się nauczyłam, że nie przyjechałam tu po to by odpuścić gdy tylko zrobi się trudnie ( a to potem się przydało). Prywatnie w życiu lubię gdy jest łatwo i wygodnie, w Omanie poczułam frajdę z osiągania nieosiągalnych. Bo czy można wjechać na 3 tysięcznik, zwykłym autem bez napędu 4×4 po szutrowej drodze, z której się auto stacza? Można. Ale o tym nieco później.

Teraz jesteśmy w wąwozie i przyznam, że nie sam cel jest ważny, ale to co po drodze również.

A kto zgadnie co to jest?

I juz coraz bliżej celu…

Wąwóz był wyjątkowo piękny. Oto jego widok ale już w gór.

Od tego momentu zaczyna się hard core…góry. Czekaliśmy na trasę widokową w najwyższych górach Omanu i cieszyliśmy się na nią jak dzieciaki. Wynajętym SUV- em  chcieliśmy ją łatwo pokonać, podziwiając spektakularne widoki. I takie też były, ale na pewno nie pokonywaliśmy jej łatwo. Najpierw zachwyty, przystanki co kilka metrów…wszystko cieszyło.

Do czasu…gdy po raz pierwszy nasze auto nas zawiodło. Zwyczajnie zsunęło się z podjazdu szutrowego, blokując drogę innym. Przyznam, że oboje się wystraszyliśmy i chyba zaczęliśmy sobie uświadamiać, że coś jest nie tak z napędem, że nie jest taki jaki myśleliśmy, że wynajęliśmy. Pomógł nam Omańczyk, dając kilka wskazówek jak pracować z tym autem, co pozwoliło Wojtkowi pokonywać trasę dalej. Tak naprawdę – odwrotu nie było. O tym wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy natomiast co przed nami. Reszta trasy przebiegała w sporym napięciu, droga stawała się coraz gorsza. Szutr szerokości jednego auta, a po prawej pionowa skała, z lewej przepaść niczym nie zabezpieczona. Ostre pionowe podjazdy, szczyt i spadek taki, że nie wiesz gdzie się kończy i czy jest zakręt czy nie. Widoki zeszły na dalszy plan, zaczęły się liczyć podjazdy i pokonywanie ich jak w grze komputerowej – kolejny level…jedziemy dalej.

Chyba mamy dobre serducha, bo mimo napięcia i stresu zabraliśmy dzieciaki …pokonywanie tych dróg na nogach, takie odległości…od razu pomyślałam jak często wożę syna do szkoły, choć ma inne środki pod ręką, a  te dzieciaki nie. W stolicy jeżdżą tylko cztery autobusy – a tutaj? Bez żartów. Zapakowaliśmy ich, daliśmy im owoce. Chłopaki wracali z boiska…o laboga kilkanaście kilometrów po górach by w nożną pograć! Strzeżcie się Europejczycy- oni tu mają zacięcie i ambicje. Wracali do swojej wioski, która nas oczarowała już podczas planowania podróży.

Bilad Sayt –Wioska położona jest na zboczu  Gór Al-Hadżar, w pobliżu najwyższego szczytu Sułtanatu Omanu, Jebel Szams . Do Bilad Sayt można dotrzeć przez Wadi Al Sahtan i Wadi Bani Awf lub przez Al Hamra , która jest dostępna tylko dla pojazdów z napędem na 4 koła. I tę ostatnią nieświadomi tego, że nasze auto nie ma odpowiedniego napędu, pokonywaliśmy właśnie z naszymi autostopowiczami, już o zmierzchu…to było szaleństwo. Udało nam się to osiągnąć chyba właśnie dzięki nieświadomości. Jazda była mordercza. Oczywiście, że szczęśliwie zakończona pozostawia w nas tylko dobre wspomnienia i piękne obrazy. Widok tej wioski na pewno zasługuje na dotarcie do niej, ale odpowiednim autem. Rzucają się tutaj w oczy malownicze tarasy – można poczuć się jak w Azji. Palmy, tarasy…tylko tak wyjątkowa, charakterystyczna dla bliskiego wschodu zabudowa. To wszystko sprawia, ze całość wygląda naprawdę egzotycznie.

Nie wiem czy towarzyszący nam stres pozwolił nam w pełni nacieszyć się widokami. Jedziemy jednak dalej. Ale dokąd damy radę? Kiedy nas zastanie noc? Gdzie rozbijemy namiot? Te pytania kłębiły się w naszych głowach i były bardzo intensywne, tym bardziej, że spotykaliśmy innych szaleńców, takich jak my, którzy na przykład jadąc z naprzeciwka pytali nas  o campingi…jakie campingi? Oni też wcześniej niczego nie widzieli…czyli Quo Vadis? Jeszcze inni zatrzymywali się by podzielić się przerażeniem z dotychczas odbytej trasy i braku sił na dalszą…No cóż nie była to wycieczka krajoznawcza, choć tak się na początku  zapowiadało. Nagle Wojtek skręcił z trasy w lewo. To była męska, bez konsultacji decyzja. I dobrze. Zjechaliśmy do miasteczka. Oto ono. Miasteczko, które stało sie na tę noc naszym naturalnym hotelem.

Al Hajir – to miasto wcale nie było w planach, ale wiele mu zawdzięczamy, może nawet więcej niż myślimy, ale wole o tym nie rozmyślać…Trafiliśmy do niego i tu postanowiliśmy przenocować. Oczywiście w namiocie. W tej części świata noc zapada szybko. Jeszcze przed chwilą podziwialiśmy Bilad Sayt, a teraz w egipskich ciemnościach rozbijaliśmy namiot. Gdzieś. Bo co to było za miejsce? Nie mieliśmy pojęcia. Już sobie wyobrażałam, że to jakiś miejski parking i gdy rano wyczołgam się z namiotu ujrzę morze ludzkich twarzy zdziwionych nami. Okazało się, że spaliśmy za placem szkolnym i nikt się nie zdziwił naszą obecnością. Ludzie przechodzący, podchodzili i życzliwie pytali czy wszystko ok i czy nam niczego nie potrzeba. Te informacje o Omańczykach się sprawdziły. Cudowni ludzie. Troskliwi, pomocni, zainteresowani. Tu nie ma znieczulicy społecznej XXI wieku.

Noc. Nasza noc zaczęła się zaraz po rozbiciu namiotu, zjedzeniu kolacji ( mimo warunków na obrusie, talerzach  z zastawą i serwetkami z IKEA ), czyli o 19. To było przeżycie…tacy  niby zawsze przygotowani…tacy oczytani…a temperatura nas pokonała. Zimno na poziomie 2 tys metrów dało nam się we znaki. Gdy nad ranem opatulaliśmy się kurtkami, marzyliśmy o poranku. Ale poranek to dalsza droga. Widzieliśmy informację o tym, że tą trasą tylko 4×4…wiedzieliśmy, że będzie znowu stresująco. Chciałam mieć to za sobą. Przeżyć. Wymazać. Zapomnieć. Straszne. Dzisiaj jest to najsilniejsze wspomnienie, do którego wracam z poziomu kanapy przy iskrzącym  kominku we własnym ukochany domu. Najsilniejsze, ale i wspaniałe. Nigdy wcześniej niczego tak mocno nie przeżywałam jak tej wyprawę ku szczytom.

I wstało słońce…Droga była niesamowita. Ale o dziwo kolejnego dnia jechało się dużo lepiej. Przestaliśmy być zmarznięci dopiero po 2 godzinach. Góry stawały się coraz surowsze, wyższe, strome…właściwie…niekończące się. Kilka kilometrów pokonywaliśmy w żółwim tempie.

Aż wreszcie asfalt!!! Ulga. Radość. Odetchnięcie…po chwili jednak spojrzeliśmy na stromizny z rozrzewnieniem…już ich nie zobaczymy. Ile się nimi nacieszyliśmy to nasze, a że była to radość w sporym stresie to już inna sprawa.

Tam byliśmy, tam gdzie pokazuję palcem…na samym szczycie

Było ciężko, ale trochę jednak żal, że to już za nami. Teraz to już wszystko będzie takie proste…

Z tej podróży wyciągnęliśmy wiele wniosków:

  •  – sprawdzać dokładnie czy auto ma to co powinno mieć ( w naszym przypadku napęd )
  • – wcześniej szukać miejsc noclegowych
  • i chyba najważniejszy: 
  • – możemy na siebie liczyc w każdej sytuacji

Pamietajcie o słowach z poczatku postu :  „Nie wybieraj się w podróż z kimś kogo nie kochasz”


MUSCAT – TRUDNE PIĘKNEGO POCZĄTKI
Styczeń 22, 2018

OSTATNI DZIEŃ ROKU CZYLI CARPE DIEM W NIZWIE
Styczeń 24, 2018

Komentarze:

Dodaj komentarz