SESZELE – WYSPY JAKICH NIE WIELE

Dla wielu kwintesencja raju. Widoki pocztówkowe, fotogeniczne plaże, turkusowe wody ciepłego oceanu, obmywającego brzegi usłane głazami granitowymi…Czego chcieć więcej? Postaram się napisać na koniec, czego chciałabym w tym raju więcej…lub może mniej…albo ciut inaczej. Ale na pewno nie można odmówić mu piękna!

Większość osób zainteresowanych Seszelami trafia na informacje, że  to 115 różnorodnych wysepek na Oceanie Indyjskim, na które można się coraz łatwiej i coraz taniej dostać z Europy. Są małe, niektóre maciupkie, zamieszkałe i zupełnie dzikie. Niektóre z tych rajów są prywatną własnością, niedostępną dla zwykłych zjadaczy chleba, stworzoną by rozbudzać chyba wszystkie zmysły. Seszele są po prostu piękne.

Najczęściej odwiedzane są trzy największe – Mahe, na której znajduje się lotnisko Victoria i stolica archipelagu o tej samej nazwie, Praslin i La Dique. Odwiedziliśmy wszystkie trzy i rzeczywiście trudno znaleźć wspólny dla nich mianownik. Nawet plaże są zupełnie inne. To czyni je jeszcze ciekawszymi.

W naszym subiektywnym rankingu zdecydowanie wygrywa La Dique, a za nią Praslin. Gdybyśmy urlop spędzili tylko na tych dwóch…chyba byłoby lepiej. Ale po kolei.

Mahe – to pierwsza wyspa na którą docieramy. Jest górzysta, a co za tym idzie – aura jest tutaj najbardziej kapryśna. Często gęste chmury niemal zatrzymywały się na szczytach i nie dawały szansy słońcu. Gdy wylądowaliśmy zaczęła się ulewa, ale nim wymieniliśmy walutę już zaświeciło słońce, a kałuże wysychały w szybkim tempie.

Wybraliśmy na pierwszą noc i w sumie tranzytowy pobyt mały, kameralny hotelik przy plaży. Był ładny, czysty, ale tak bardzo oczekiwałam tego efektu WOW… Najbardziej podobało mi się sąsiedztwo żółwi, wielkich, dostojnych kuzynów mojego żółwia.

Na Mahe bylismy i na południu wyspy i na północy. Być może tak trafiliśmy, ale południe było zdecydowanie bardziej słoneczne.


Kilka informacji praktycznych

Lotnisko – jest małe i zupełnie nie nowoczesne, wręcz sprawiało wrażenie ponurego, może przez kolory jakie dominowały wewnątrz? Jak się z niego dostać do celu? Sposobów jest kilka- można już wcześniej poprosić o transfer z hotelu, wziąć taksówkę ( około 30 – 40 Euro ) lub wypróbować komunikację miejską. W dwóch pierwszych przypadkach sprawa jest prosta. Gdyby ktoś chciał poeksperymentować z autobusami to wychodząc z hali przylotów należy skręcić w lewo, kilka kroków i są przystanki w obie strony – na północ i na południe wyspy. Trzeba pamiętać o ruchu lewostronnym i wybrać przystanek po odpowiedniej oczywiście stronie.

Autobusy – jeżdżą bardzo często. Można dzięki nim objechać całą wyspę wokół. Są mniej komfortowe niż nasze i węższe wewnątrz. Między innymi z tego powodu kierowcy nie pozwalają jeździć nimi osobom z bagażem, no chyba że ktoś podróżuje tak jak my – z walizkami o rozmiarach bagażu podręcznego. Nie mieliśmy problemu z korzystaniem z tego środka lokomocji. Ceny są wyjątkowe – 5 Rupii czyli ok 1,25 – i obojętne jak długo i daleko jedziesz. Stała cena dla każdego za każdy przejazd.

Baza hotelowa – drogo lub bardzo drogo, a standard niski lub umiarkowany. Są oczywiście luksusowe hotele jak w każdej chyba części świata, lub w prawie każdej. Ale jeśli doba hotelowa w takim sobie hotelu kosztowała 800 zł to trzeba liczyć się z tym, że w dobrym ok 1600 zł. Ale są też droższe bez obaw.

Hoteli nie będę polecała. Każdy musi sam zdecydować jaki standard jest w stanie zaakceptować za okreslona kwotę założoną w budżecie, lub odwrotnie ile jest w stanie zapłacić za odrobinę luksusu. Wyjątkiem jest tylko jedenhotel – Patatran na La Dique – ze względu na położenie jest bezkonkurencyjny

Promy – to obok samolotów najpopularniejszy sposób przemieszczania się między wyspami. W cenie zbliżonej do cen za przelot. Warto sprawdzić na mapie gdzie się chce dotrzeć bo może warto jednak samolocikiem, podziwiając widoki? My mieliśmy bliżej z promu do naszych hoteli, wiec nie skusiliśmy się tym razem na loty. Ktoś kiedyś napisał, że minuta na promie kosztuje 1 euro i to prawda. Za prom Praslin – La Dique zapłaciliśmy 15Euro za osobę a właśnie 15 minut trwała przeprawa. Analogicznie: Mahe – Praslin – 45 minut i 46 Euro od osoby.


Następnego dnia mieliśmy zarezerwowany prom na La Dique. Można by zapytać, czemu nie od razu? No cóż linie lotnicze przygotowały nam niespodziankę, o której poinformowali zostaliśmy 2 dni przed wylotem. A konkretnie pozwolono nam lecieć dzień wcześniej. Oczywiście wcale nie chcieliśmy zmieniać planów, ale wyjścia nie było. I jak to często w życiu bywa – nie ma tego złego – dzięki temu odsapnęliśmy na plaży przy naszym hoteliku, szybko zaaklimatyzowaliśmy się, a to pozwoliło nam od razu poszaleć na wyspie docelowej czyli tej najmniejszej z trzech i dla mnie najśliczniejszej.

La Dique –  nasza faworytka. Perełka utkana z plaż o wyjątkowej urodzie. Już od pierwszych chwil widzimy, że wiele nas tu zauroczy. Niezastąpione kumpele forumowe poleciły nam hotel Patatran i my go polecamy!. Doskonale zlokalizowany. Przy niedużej plaży, z tymi właśnie fantastycznymi głazami, dla których się tutaj przybywa. Każde ujęcie to kolejny zachwyt. Pierwszy dzień spędzamy biegając między tymi właśnie granitami o zadziwiających kształtach, które tworzą fantastyczne tło do zdjęć czyniąc je niepowtarzalnymi. Tło? Nie wiem, czy one same w sobie nie są tutaj głównym modelem. Biegam pomiędzy nimi i pierwszy raz wołam Wojtka by robił mi zdjęcia i nawet chętnie pozuję. Jak nigdy. I nawet jestem cierpliwa, co rzadkie…ale chyba tak te widoki na mnie działają. Z pazernością chcę je zawłaszczyć na zawsze na klatkach aparatu. Są niewiarygodne. Są fotogeniczne.

Najpierw zapraszam do hotelu. Skoro powiedziałam, że tylko ten polecę to pokażę Wam dlaczego.

i ten widokkażdego ranka, gdy otwierasz oczy

Chodźmy na plażę, z której schodzić się nie chce.

W tym hotelu jest też to co na wakacjach lubię najbardziej bez względu gdzie jestem – basen. Ten ma niebywały widok. Sami nie wiemy czy pływać, czy leżeć i podziwiać. Upajamy się najczęściej widokiem z poziomu basenu na morze. A ono wcale grzeczne nie jest. Fale z impetem rozbijają się o skały. Ale to już strona z plażą Anse Gaulettes. Natura jest piękna. Oczywiście z bezpiecznej perspektywy.

Wiedzieliśmy, że wyspę można objechać rowerem i że to najlepszy sposób. Bierzemy zatem dwa zdezelowane rowery, (jeden tylko miał światła, chyba na całej wyspie, bo ludzie z latarkami jeździli) i w drogę. Można tak jeździć od plaży do plaży. A każda inna, a każda piękna.

Zaczynamy od Anse Severe. Ładna. Owszem. Ale nas ciągnie na spotkanie z Królową.

Ta Królowa to Anse Source d’Argent czyli źródło pieniędzy – najczęściej fotografowana plaża świata. Tak, świata. Jedna z najpiękniejszych na świecie. Chyba pojawia się w każdym z rankingów. Jest naprawdę piękna i niebywale fotogeniczna. Jeśli miałabym spędzić na Seszelach tylko jeden dzień i spośród wszystkich plaż 115 wysp wybrać tę jedną – to byłaby nią właśnie ONA.

Ale aby do niej dotrzeć , należy wjechać na teren Parku Union Estate. Park sam w sobie jest piękny. Jadąc na rowerze można zachwycać się okolicą, zielenią, palmami…i żółwiami wielkoludami. Są piękne. Nie możemy oprzeć się im. Zatrzymujemy się, karmimy je i spędzamy tu nieco czasu.

Nic nas nie goni. Nie mamy w planie „zaliczenia” przecież wszystkich plaż. Mamy wybrane, które są według nas tzw must see, a co jeszcze zobaczymy pięknego? Nie wiemy. Sama trasa jest ciekawa. Warto przebyć ją niespiesznie.

Chociaż wszystkie plaże na Seszelach są publiczne, to za dotarcie do Królowej trzeba zapłacić, właśnie ze względu na przejście przez Park. To kwota 100 Rupii czyli 25 zł/osobę. Docieramy do parkingu rowerowego przy plaży. Zostawiamy nasze wehikuły. Od teraz przez jakiś czas nie będą użyteczne. Plecak na ramię, aparat w rękę, ciuchy zrzucamy i na plażę! Dla niej tu przylecieliśmy. Rzeczywiście jest piękna! Można, ba! Nawet trzeba się tu zapomnieć. Zachłysnąć na moment tym pięknem i „nicnierobieniem”. Ale na chwilę. Bo tu nie sposób w jednym miejscu zostać, skoro z każdej strony, z innego ujęcia już jest inaczej, a chciałoby się wszystko…Skaczemy po kamieniach, wspinamy się na nie…oddalamy od brzegu by złapać perspektywę i poddać się ciepłym falom…ależ tu pięknie…

Lazur wokół nas, ryby na wyciągnięcie ręki, obok nas, a przed nami TE widoki. Ja tu zostaję!

Jeśli ktoś chciałby z tego miejsca pojechać na kolejne plaże to należy wyjeżdżając z parku skręcić w prawo przy budce, w której kupuje się do niego bilety. I cudnym lasem, w cieniu kipiących zielenią drzew, dających odpoczynek od upalnego słońca wystarczy przejechać 15 minut…może więcej…by znaleźć się w kolejnym raju. A tutaj już tryptyk. Trzy piękne plaże – Grand Anse, Petite Anse i Anse Cocos.

Zacznijmy od tej pierwszej, najdłuższej na wyspie. Jest faktycznie pocztówkowa. Można by zapytać – a która plaża na tej wyspie nie jest? Wszystkie zachwycają. Można zatem powiedzieć, że na Filipinach uprawia się Island Hopping, a na Seszelach – Beach Hopping.

Na Gran Asne poszaleliśmy na skałach i poleniuchowaliśmy i gdy już znudziło nam się leżenie na tym miękkim piaseczku, poszliśmy odszukać kolejną plażę, czyli Petite Anse. No nie wiem czy nie bardziej mi się podobała. Na pewno cudownie się pływało w tym turkusie niczym Lenor. Woda była fantastyczna.

Skały na tej plaży chyba najbardziej nam się podobały. Ale najpierw trzeba do niej dotrzeć…

Czyż nie piękna? I prawie pusta !

Fale były naprawdę doskonałe

Będąc tak blisko kolejnej plaży postanowiliśmy i ją zobaczyć. Mowa oczywiście o Anse Cocos. Dojście do niej nie jest takie łatwe…lasem, czasami pod górę, często przedzierając się przez gałęzie…może ta droga do najprzyjemniejszych nie należała, ale plaża była tego warta.

Rowery na cały dzień to ogromna wygoda. Można narzucić sobie dowolne tempo, podziwiać, a wiaterek, daje odpocząć od upału.

Rowerami jeździliśmy na jedzonko. To może kilka słów o nim.

Jedzenie

– Miejscowi i wielu turystów stołuje się w tzw Take Away. To bary, budki, lub wozy z jedzeniem. Serwowane jest różnie, ale najczęściej w styropianowych pudełkach. Na La Dique mieliśmy zaszczyt jadać dania podawane na talerzach, przy stołach z obrusami, ale to wyjątek.

Co można zjeść? Na pewno ryż i kurczaka pod różną postacią, ale i inne mięsa. Jest dużo curry, ostrych past i trochę warzyw. Cena – od 12 zł do 20 zł

To przykład naprawdę dobrego Take Away na La Dique

A tutaj już uboższe wersje na Praslin

i plenerowa opcja na Mahe

Mnie najbardziej smakowały naleśniki z karmelizowanym kokosem ( 3 zł )  i sałatka z mango…uwaga…na ostro z cebulą. Pyszna. Kosztuje 2,5 zł

– stragany z owocami – raj na ziemi- jest tam wszystko co uwielbiam,

– grillowane ryby 25 zł za sztukę


 Praslin – Wyspa ma sporo do zaoferowania Można urozmaicić swoją wyprawę wybierając wycieczkę do Parku Narodowego – Vallée de Mai, będącego miejscem endemicznego występowania lodoicji seszelskiej, którą macie na stałe wbitą na kartkach paszportu. To symbol Seszeli. Park jest wpisany na listę Unesco. Można też popłynąć na sąsiednią wyspę Curieuse i S­­­­t. Pierre, ale też warto zjechać samą Praslin, podziwiając plaże, lub po prostu leżeć na jednej z nich. Można to zrobić niebieskim autobusikiem lub to co polecam – wynajętym autem, za około 35 Euro za dzień. Owszem ruch lewostronny, niemniej można  się szybko przyzwyczaić.

Z plaż najbardziej podobała nam się Volbert, na której spędziliśmy najwięcej czzasu, ale i Anse Lazio. Oceńcie sami.

S­­­­t. Pierre

I Anse Lazio

Piękne miejsca na Seszelach to przede wszystkim plaże. Na każdej z wysp inne. Ich różnorodność i urok sprawiają, że wiele osób marzy o tym zakątku świata, pragnie znaleźć się choć przez chwilę, na którejś z wysp. Seszele to lazurowe morze, biały, delikatny niczym mąka piasek, to palmy schodzące do oceanu i słońce. Seszele maja więc wszystko co jest kojarzone z rajem. Są malownicze, urokliwe, fotogeniczne.


Obiecałam jednak, że napiszę czego chciałabym więcej, czego mniej, a co inaczej…

Subiektywnym okiem zatem:

– Stanowczo za drogo w stosunku do oferowanego standardu – chciałabym wyższy standard. Nie niższe ceny, te niech zostaną, ale w zamian za nie coś o czym naprawdę da się powiedzieć – było dobrze, było dobre…

– Jedzenie w take aweyach jest bardzo słabe (i znowu tu kwestia ceny)…a drogie

– Jest pięknie wokół, ale nie ma poczucia luksusu, ani jego namiastki – to nie Malediwy jednak

– Życzyłabym mieszkańcom więcej życzliwości i uczciwości – tego nie zaznaliśmy.

Odnieśliśmy wrażenie, że wyspiarze traktują nas tak: „mamy piękne plaże i przylatujecie tu bez względu na ceny, niski poziom usług i opłakany standard – tak długo niczego nie zmienimy jak długo będą tu latały samoloty wypełnione wami…” Przyznam, że nawet Egipt bardziej się stara.

Seszele to piękne miejsce, ale nie będę go wspominała sentymentalnie. Dla nas idealny urlop to nie tylko plaże i granitowe głazy z pocztówek – to cała reszta wokół, cała otoczka…tutaj o niej po prostu zapomnieli.

Na co uważać

– na Rastamanów, którzy opanowani Praslin i nie są uczciwi. Chętnie oszukują, zatem warto iść do agencji po zakup wycieczki ( tak wiem piszę to JA EDYTA, która zawsze kupuje na plaży i najtaniej, ale tym razem taniej sporo mnie kosztowało)

– na wydawanie reszty w sklepach i nie tylko


Seszele to najprawdopodobniej jedno z najpiekniejszych miejsc na świecie. Każdy ma swoje miejsce, które go woła, choć moim nie są te wyspy, to myślę, że z ręką na serduchu mogłabym każdemu życzyć by się na nich znaleźć  – ujrzeć to otaczające piękno i z lądu i z wody.


RPA – JOHANNESBURG, PARKI I ZWIERZAKI
Grudzień 10, 2017

KAPSZTAD – ENERGIA I ELEGANCJA
Luty 6, 2018

Komentarze:

  1. Piękne zdjęcia 🙂 Dziękuję za tę relacje. Długo myślałam o wyjeździe na Seszele ale mimo pięknych zdjęć to z Pani opisu bije jakieś niezadowolenie. Czy oby dobrze będą to wydane pieniądze? Plus wydaje mi się dziwne porównywanie Egiptu do Seszeli 😉 Sprawdzała też Pani jakąś tzw agroturystkę? Czy tylko hotele? Zadaje pytania bo bardzo mi zależy na wyjeździe a na grupie o podróżach ktoś polecił Pani bloga. Będę wdzięczna za odpowiedz

    1. Witam Pania, Pani Julianno, domyslam sie ze to z Pani koleżanką rozmawialam. Postaram sie odpowiedziec, wyjaśnić a jesli bedzie zbyt krotko prosze pisac na maila.
      Zaczne od hoteli. Mieszkalam w kilku rowniez w agroturystyce.
      Byc moze koncowka wpisu sprawila za odniosla Pani wrazenie dot niezadowolenia. Jestem zadowolona, oboje jestesmy. Staram sie pokazac blaski i cienie zawsze, przy okazji kazdej podrozy. Seszele sa dla wielu osob kwintdesencja raju i napewno spelniaja oczekiwania wielu osob. Warto jechac chocby po to by samemu sie przekonac. Ja zawsze polece i nie odradze bo kazdy szuka w podrozy czegos innego. Rzeczywiscie nas,spotkalo kilka (2) nieprzyjemne syt ze strony mieszkancow dlatego napisalam ze trzeba uwazac -sama,takiej informacji o rastamanach i ich oszustwach nie znalazlam przed wylotem i szkoda. Dlatego chcialam ja,zawrzec.
      Czemu Egipt ? Porownalam tez do Malediwow…w sumie moglabym i do innego zakatka świata. Po prostu ze,strony pracowników w branzy turystycznej jest wg mnie mniej dbalosci niz gdziekolwiej indziej gdzie bylam. Warto sie na to po prostu nastawic. Piszac bloga chce byc uczciwa wobec samej siebie. Prosze wybrac dobry czas i planowac 🙂

Dodaj komentarz