RPA – JOHANNESBURG, PARKI I ZWIERZAKI

Na wspomnienie RPA kręci mi się łza w oku, a nawet w obu. Przestrzegana i uczulana na ewentualne zagrożenia wielokrotnie odkładałam decyzję o wyjeździe do tego kraju. Ileż ja czasu straciłam…Bo ten kraj, to miejsce na świecie jest MOJE. Nie ważne jak długo i jak często człowiek podróżuje…Każdy ma swoje miejsce, które go wzywa. Moim jest właśnie Afryka Południowa.

 

Na RPA mieliśmy tylko osiem pełnych dni. To bardzo mało jak na tak duży i zróżnicowany kraj. Musieliśmy więc podjąć kilka ważnych decyzji, iść na kompromis sami ze sobą i bardzo dobrze ten czas zaplanować. Wszystko po to by poczuć klimat ale i hedonizm podróżniczy.

Napewno z dwóch rzeczy nie chcieliśmy zrezygnować – z parków i zwierząt, oraz z Kapsztadu, bo w nim samym i okolicach jest kilka rzeczy, o których zawsze marzyliśmy. A przecież marzenia są po to by je spełniać.

Wymagało to od nas zorganizowania logistyki w taki sposób by szybko w  te oddalone od siebie miejsca dotrzeć. Zdecydowaliśmy się na dwa loty Johannesburg – Kapsztad – Johannesburg, liniami Mango, a na każdym z lotnisk wynajmowaliśmy auta w Avis. Dzięki temu mogliśmy każdego dnia być w innym miejscu i cieszyć się poznawaniem kraju w sposób absolutnie niezależny.

Warto wiedzieć

Linie Mango – to jedne z tanich linii RPA. Punktualne, całkiem wygodne, z bezproblemową pod względem nadbagażu obsługą. Ceny biletów to ok 200 zł/os

Wypożyczenie auta to ok 50 zł za dzień.

Drogi w RPA- to sześcio pasmowe trasy, których możemy pozazdrościć. Po przyzwyczajeniu się do innego kierunku jazdy, podróż okazała się niezwykle przyjemna, nie wspominając o przyjemności płacenia za benzynę – 1 litr – 1 $.

Co zwiedzić w Johannesburgu i w okolicy

Sam Johannesburg nie należy do pięknych miast, nie jest nawet średnio ładny. Uchodzi za niebezpieczną metropolię, z dużą przestępczością. Uciekliśmy z niego bardzo szybko, by wrócić ostatniego dnia z postanowieniem wynajęcia taksówkarza, który będzie jednocześnie naszym przewodnikiem i ochroniarzem. Taka forma jest wygodna i bezpieczna. Zauważyliśmy, że wszyscy spotkani „biali” tak właśnie eksplorują to miasto.

Można by zapytać – to po co je zwiedzać? Otóż w podróży wychodzimy z założenia, że jeśli już gdzieś jesteśmy to chcemy to miejsce poznać od każdej strony. Od tej ciemniejszej również. Nie chcemy mieć tylko landrynkowych wyobrażeń. Zależy nam na prawdziwych. A te przecież miewają odcienie szarości.

Co zwiedziliśmy i co możemy polecić  w samym mieście – o tym napiszemy później, gdy do niego wrócimy

Teraz zgodnie z chronologią naszej wyprawy zabieram wszystkich do uroczej wioski, w której spędziliśmy pierwszą i niezapomnianą noc.

Lesedi Village https://aha.co.za/lesedi/  to urocze miejsce, w którym dwa razy w ciągu dnia – o 11,00 i 16,30 można w ramach wycieczki po wiosce przyjrzeć się jak żyli ludzie 5 plemion – Zulu, Xhosa, Pedi, Basotho i Ndebele. Wycieczka trwa 1 h i kończy się widowiskowym pokazem tańców plemiennych. Na sam koniec czeka nas wyśmienita kolacja w formie bufetu. Mogłam posmakować krokodyla, ziemniaki o smaku marchewkowym i mnóstwo wspaniałych dań, których nazw nie jestem w stanie wymienić, ale smaki mnie zachwyciły. 

Najpierw jednak przystawka czyli nieco białka pod postacią robactwa. Podobno smakuje to wyśmienicie, jak czipsy. Ja czipsów jednak chyba pod żadną postacią nie jadam.

Wojtek zakumplował się z chłopakami. Całkiem, całkiem fajni byli. Tak na oko 😉

No i ja – mokra cała. Oj poznaliśmy co to burze w okolicach Johannesburga. Nagłe, gwałtowne, obfite, ale i szybko przechodzące. Niemniej suszyłam się dłużej niż trwała sama ulewa.

Wnętrze restauracji było piękne. Jedzenie wyjątkowe. Zarówno kolacja jak i śniadanie. Cudownie się czułam mogąc degustować zupełnie obce mi smaki.

Na koniec atrakcja w postaci ich tańców. Było głośno i ekspresyjnie. Prawda, że fajni na oko 😉 ?

Zarezerwowaliśmy nocleg w domostwie Zulusów. Chatka okazała się urocza, stylowa, a przy tym czysta. Ja byłam najbardziej zachwycona Łazienką, które była niemal otwarta, tak jak w dżungli w Wenezueli.

a to pozostała część dość rozległego terenu

Na pewno warto się w niej zatrzymać. Tym bardziej, że odległość od lotniska to jakieś 50 km. Serwowane śniadania to eksplozja smaków i bogactwo wyborów. Nie sposób spróbować wszystkiego. Nocleg w takim domku Zulusów z bogatym śniadaniem to koszt 200 zł za dwie osoby

Co nas zachwyciło w pierwszych chwilach w RPA, już w pierwszym dniu?

– niskie ceny

– bardzo dobry standard hoteli

– uprzejmość ludzi i bezproblemowość

– jedzenie ! Wspaniałe smaki !


Kolejny dzień, kolejne miejsca i wrażenia. A wszystkie  wspaniałe. W RPA odzyskałam spokój i radość z podróżowania. Każdy dzień był niespodzianką pełną wrażeń i na każdy czekałam z radością. Kolejne miejsca sprawiały nam coraz większą przyjemność.

Zatem w drogę!

Co do tego miejsca miałam wątpliwości…czy aby chcę…czy napewno…czy to naturalne miejsce czy sztucznie stworzone przez człowieka. Cieszę się że byłam. Owszem miejsce stworzone przez człowieka, ale emocje naprawdę spore. Mowa o…?

Rhino and lion nature reserve   http://rhinolion.co.za/

To park zajmujący 1200 hektarów, po którym można jeździć zarówno swoim autem, jak i z wycieczką. Jest tu atrakcji na cały dzień, ale nas interesowała wyłącznie samodzielna jazda i spotkanie ze zwierzętami. Ta wersja to koszt 165 Randów. Ceny w RPA szybko się zmieniają podążając za postępującą inflacją i spadkiem wartości w stosunku do dolara. My byliśmy w czasie, kiedy należało Randy dzielić na 4.

W parku na każdym kroku są informacje, że nie należy wysiadać z auta i otwierać szyb podczas robienia zdjęć. Nie mieliśmy pomysłu na wysiadanie, ale opuszczeniu szyb nie mogliśmy się oprzeć. Ah ta adrenalinka, gdy strzela się w lwa obiektywem.

Najpierw pojawił się struś.

Muszę przyznać, że chociaż zwierzęta były oczywiście numerem jeden to zachwycała nas również sama droga i otoczenie.

A gdy pojawiły się dostojne lwy, byliśmy zupełnie zachwyceni. Są przepiekne, iście królewskie. Byliśmy szczęśliwi i podekscytowani.

Z parku pojechaliśmy do SUN CITY.

Sun City – luksusowy kompleks wypoczynkowy i kasyno położone w pobliżu miasta Rustenburg. Z tego miasta zaczyna się wiele górskich tras trekkingowych po Masywie Magaliesberg.

Ciekawostka – masyw  jest 100 razy starszy niż Everest i jest tylko połowę młodszy niż nasza Ziemia. Powstał kiedy gorąca lawa uniosła się do góry pod powierzchnią morza, podnosząc w ten sposób cały ten teren ponad wodę. W ten sposób wiele minerałów, wliczając chrom, magnez i platyna zostały wypchnięte z wnętrza Ziemi. Tłumaczy to istnienie wielu kopalni w tych rejonach.

Ale wracając do Sun City – zostało zbudowane przez magnata hotelowego Sola Kerznera i oficjalnie otwarte 7 grudnia 1979. Kilkakrotnie odbywały się w tym miejscu wybory Miss World. Jako, że zdaję sobie sprawę z tego, że tak bym się do Sun City nigdy nie dostała, postanowiłam po prostu tam pojechać turystycznie. Sprawdzić, czy rzeczywiście jest to taki luksus. No i co? No w Pałacu luksus jest…bez dwóch zdań czuć bogactwo. Ale już sam park rozrywki wydaje się być dość plastikowy i nieco tandetny. Na szklanym ekranie kilka dekad temu prezentował się zupełnie inaczej, albo to była tylko taka optyka małej dziewczynki, dla której taki świat był niewyobrażalny?

Spod Pałacu limuzyna odwiozła nas do kompleksu rozrywkowego. Limuzyna. Przed wejściem do Pałacu, stała obsługa zajmująca się z oddaniem witaniem i żegnaniem gości. Poprosiłam o transport do kompleksu rozrywki i za chwilkę podjechała limuzyna z szoferem. Tak to ja mogę podróżować.

Tego dnia czekała nas jeszcze jednak atrakcja. Nasz hotel. Atrakcja sama w sobie!

Kindom Resort – https://www.thekingdomresort.co.za/

Wieczory na naszym tarasie były naprawdę idylliczne, gdyby nie ryki zwierząt dochodzące z parku.

a…a basen bajeczka. Czyż może być coś lepszego niż kąpiel w basenie po intensywnym dniu?

Ten fantastyczny hotel zlokalizowany jest przy samym parku Pilanesberg. Hotel składa się z pięknych apartamentów, basenu, aquaparku. Tutaj odpoczęłam. Tutaj z tarasu pokoju słuchaliśmy odgłosów zwierząt. Tutaj mogłabym zostać.

Ale my tu poza relaksem mamy inny cel. Jest nim jeden z wielu na terenie RPA parków.

Park Pilanesberg – http://www.pilanesbergnationalpark.org/

Park posiada ponad 188-kilometrową sieć doskonale utrzymanych dróg szutrowych, po których również jeździliśmy samodzielnie, posiada punkty obserwacyjne, kryjówki w okolicach wodopojów i miejsca na pikniki oraz miejsca noclegowe o bardzo wysokim standardzie. Ciekawe jest samo powstanie parku. Otóż teren ten był kiedyś aktywnym wulkanem o wysokości 7000 metrów. Jego spektakularny wybuch sprawił, że obecnie pozostała pierścieniowata podstawa sięgająca zaledwie 700 metrów.

Są tu dogodne warunki dla 132 gatunków drzew i co najmniej 68 gatunków traw. Dzięki różnorodnej roślinności warunki do życia znalazło wiele gatunków zwierząt, począwszy od Wielkiej Piątki do 50 gatunków większych ssaków, 354 gatunków ptaków, 65 gatunków gadów, 18 gatunków płazów i tysięcy innych małych zwierząt.

Wjeżdżając na teren parku, za całodzienny bilet płacimy 180 randów czyli 45 zł i otrzymujemy bardzo ciekawą mapę książeczkową, z przydatnymi informacjami i co mnie ucieszyło najbardziej – ze zdjęciami zwierząt i ptaków, zrobionymi w taki sposób, że można sobie zaznaczać te które się spotkało, przyswoić nazwy i przeczytać o nich. Świetna lekcja i niebywała frajda.  Spędziliśmy w nim  cały dzień, nie czując nawet jak szybko leci nam czas.

Najbardziej podobała nam się możliwość samodzielnego jeżdżenia. To było naprawdę ekscytujące.

No to teraz foto relacja.

Ta miała przepiękne uszy…Teraz już wiem, że to nie „takie same sarny” jak je kiedyś ochrzciłam, tylko każda ma inna nazwę i naprawdę się różnią od siebie. Przewodnik obrazkowy po parku okazał się idealny.

Był też kuzyn naszej Torpedy czyli żółwia, który zamieszkuje z nami, o ile akurat nie uciekł.

Pogoń za zebrą!!!

Na terenie parku jest restauracja. Można jedząc podziwiać podchodzące do ogrodzenia zwierzaki. Widok za milion dolarów. I po raz pierwszy dostrzegłam piękno ptaków.

i nareszcie zwierzę o największym SERCU

Chwile spędzone w tych miejscach są nieporównywalne z niczym. Poczucie szczęści, radość ze spotkania ze zwierzętami, ekscytacja trafieniem na piękne okazy…to wszystko pozostanie w naszych wspomnieniach i na naszych fotografiach.


Czas na Johannesburg. Tak jak wspominałam wybraliśmy wygodną i bezpieczną opcję – wycieczki taksówką. Koszt takiej przyjemności to około 100$, ale czas i komfort okazały się tego warte.

Zaczęliśmy od przywitania się z miastem. Najlepiej to uczynić z Carlton Centre. To centrum handlowe położone w 50-piętrowym wieżowcu. Ani wieżowiec, ani centrum nie są specjalną atrakcją, ale warto wjechać na ostatnie piętro i obejrzeć panoramę Johannesburga. Wjazd na taras widokowy 15 Randów czyli 3,5 zł.

Muzeum Apartheidu to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Nowoczesne, świetne architektonicznie Kupując bilet obowiązuje „segregacja rasowa” – tak jak za dawnych czasów. Losowo dostajemy bilet do wejścia dla białych albo dla nie-białych .

Na miejscu uderza ilość informacji poświęconych Nelsonowi Mandeli. Odniosłam wrażenie, że to muzeum poświęcone jest bardziej jego osobie, niż Apartheidowi. Oczywiście, że jedno i drugie jest ze sobą ściśle powiązane. Największe wrażenie zrobił jednak na mnie fragment filmu Blood River. Ciekawa historia. Polecam.

Soweto – to czwarte co do wielkości miasto RPA, pełni głównie funkcje mieszkalne dla ludności murzyńskiej. Zostało stworzone dla robotników, a w czasach Apartheitu było kontrolowane przez policję. Po likwidacji slumsów wokół Johannesburga, część osób przeniesiono do Soweto. Ludzie dostali domy na 30 lat. Jeden z takich domów należał do rodziny Nelsona Mandeli. Dzisiaj Soweto wygląda jak sypialnia niziutkich domeczków, wielkości mini.

Dom Nelsona Mandeli – niewielki, malutki wręcz, jak wszystkie domki w Soweto.

I tym sybolem Soweto żegnamy się z miastem.

czas na Cape Town…moje ukochane miasto


LALIBELA – BELLA
Październik 8, 2016

SESZELE – WYSPY JAKICH NIE WIELE
Styczeń 19, 2018

Dodaj komentarz