Ameryka,  Meksyk,  Podróże

TRASÓWKA PO MEKSYKU III – WITAJ PALENQUE I SAN CRISTOBAL

DZIEŃ CZWARTY – W DRODZE DO… TEQUILI I STEKÓW

Wyjechaliśmy z Campeche i kierując się na południe jedziemy wzdłuż pięknego wybrzeża. Mijamy takie miejscowości jak Champton i podziwiamy dziko, naturalnie rosnące palmy na plażach. Oj jakby to od nas zależało to kilka przystanków bym zrobiła. Wyobrażałam sobie, że tak jak przed laty mam auto w Meksyku, a auto znaczy wolność…w tych miejscach zdecydowanie bym się zatrzymała.


Pierwszy przystanek to restauracja La Higuera – degustujemy dwa rodzaje tequili – białą i złotą. Chociaż warto wspomnieć, że w Meksyku nie ma takiej nomenklatury – biała to zwyczajnie świeża, leżakująca od 3 miesięcy do 3 lat nazywa się resposado. Leżakująca od 3 do 7 lat to reserva, a powyżej to grand reserva. Beczki do tequili sprowadza się najczęściej z Kanady, ale czasami również z Europy.

Każda renomowana restauracja, bądź znane i bogate osoby mogą zamówić sobie swoją własną recepturę na tequile. Wówczas na etykiecie nie musi być informacji o tym, że jest w 100% z agawy, bo jest to oczywiste. Warto sprawdzić w sklepie (zanim się kupi ten trunek), czy faktycznie jest wyłącznie z agawy. Tequile robi się z agawy błękitnej, a mescal z zielonej. Wg. prawa tequila powinna mieć zawartość alkoholu od 36 do 42 procent. W prywatnych gospodarstwach, czyli podobnie jak u nas w zagłębiu bimbrowym jest to nieokreślone. Gdy do nas przyjedziecie, nigdy nie wiecie ile procent dostaniecie. Istnieją tajemne przepisy i myślę, że w Meksyku też. Przekazuje się je z „dziada pradziada” i oby nigdy nie zniknęły. Oj szkoda by było.

My nie jesteśmy fanami tego trunku, więc butelka zakupiona trafiła na półkę z alkoholami świata w naszym pokoju gościnnym i jest to jedyne miejsce w naszym domu, w którym nie ma all. Nie tylko tequila była bohaterką dnia. Z trzema innymi parami szybko doszliśmy do wniosku, że skoro to knajpa specjalizująca się w stekach z najlepszych krówek w kraju, to nie może być inaczej niż powiedzieć : sprawdzam. Oczywiście najlepsze steki robi Wojtek i Igor, ale muszę przyznać, że te też były dobre. Przede wszystkim podanie nam się podobało. Na menu składał się cały zestaw – stek, ziemniaki, sałatki i wszechobecna czarna fasola, były tacos, chipsy i salsy.

Taki zestaw kosztował nieco ponad 300 pesos, czyli ok 60 zł.

Ps…widzicie aktorkę drugiego planu?

Hacjenda, w której się zatrzymujemy robi na nas dobre wrażenie. Oprócz degustacji pod turystyczne grupy, wyraźnie widać, że są miejscowi i przyjeżdżają na dobre steki. To jest fajne. Hacjenda podobno istnieje od dawna, a bydła na rancho pilnują sami kowboje meksykańscy. Kiedyś oglądałam o nich film – muszę przyznać, że mają świetny styl zwłaszcza jeśli mówimy o butach. A czego pragną kobiety?

Część grupy zdecydowała się na degustację Cantarito – to taki drink złożony z tequili oczywiście, limonki, pomarańczy, grejfruta i fanty. No można próbować – dla mnie takie sobie, ale z punktu widzenia ciekawości smakowej – może jedno na parę…?


PRZEPIĘKNA HISTORIA

Jedziemy do Palenque. I co mogę napisać? Jest jeszcze piękniej ( czy ja się nie powtarzam…)To miejsce zachwyca nas na każdym kroku.

Ciężko wyznaczyć jednoznacznie początek istnienia społeczności w Palenque. Pierwszy historyczny władca rozpoczął swoje rządy w 431 roku n.e. Ocenia się, że tereny te przeżywały szczególny rozwój w okresie od VII do VIII wieku. W tym czasie, przez prawie 70 lat, władzę w Palenque sprawował król Pakal Wielki, a następnie jego syn król Kan Balam. Pakalowi Wielkiemu przypisuje się takie osiągnięcia jak rozbudowa struktury miasta, ufundowanie nowych piramid i pałaców. Sam król Pakal po swojej śmierci został złożony w jednej ze świątyń Palenque.

Wśród pozostałości zabudowań prekolumbijskiego Palenque warto zwrócić uwagę na Świątynię Inskrypcji, wybudowaną między 675, a 683 rokiem. Ta piramidalna budowla jest grobowcem, w którym złożono zmarłego króla Pakala. Dopiero w 1952 roku odnaleziono na jej terenie oryginalną kryptę grobową, skrywającą ciało tego władcy. Na kamiennej płycie grobowej znajdziemy powszechnie znany relief nazywany „kamieniem astronauty”. Budowla Świątyni Inskrypcji to piramidalna konstrukcja składająca się z 9 poziomów i wysoka na 21 metrów.

Ciekawostka:

  • Historia Pakala Wielkiego jest niezwykle ciekawa. Na tronie zasiadł jako 12-letni chłopiec. Rządził mądrze i długo, rozbudował miasto, które za jego panowania stało się prężnie prosperującym i potężnym ośrodkiem w regionie. Co ciekawe, w tamtych czasach średnia długość życia człowieka wynosiła 40 lat, podczas, gdy słynny władca zdołał przeżyć dwa razy tyle.
  • Inną ciekawostką jest to, że miastem rządziły także dwie kobiety, co było bardzo nietypowe dla kultury Majów. Jedną z nich była między innymi matka Pakala Wielkiego, która przejęła władzę po wojnie z Calakmul, by po 3 latach przekazać ją swojemu synowi. Niestety grobowca zwiedzać nie można.

Kawałek za pałacem oraz akweduktem znajduje się kolejny kompleks ze świątyniami. To tzw. Grupa Krzyża, Świątynia Słońca, Świątynia Krzyża oraz Świątynia Ulistnionego Krzyża. Na szczytach platformy znajdują się właściwe miejsca kultu, a każda z nich została poświęcona jednemu z trzech majańskich bogów. Z góry roztacza się piękny widok na pałac.  Z placu, przy którym stoją świątynie prowadzi droga wprost do dżungli, gdzie znajdują się kolejne obiekty.

Kompleks nie jest jeszcze w pełni odkryty. Jest tu jeszcze sporo pracy dla archeologów.

Przy kompleksie jest spore targowisko. Oczywiście nie mogłam sobie odpuścić kokosa, mango i ciekawych strzał do kolekcji. Ludność w Palenque to rdzenni Lakantoni. Mężczyźni ubierają się w białe szaty, a ich uroda zdecydowanie różni się od tej którą widzimy na Jukatanie.

i moje ukochane mango

WIECZÓR NIEZAPOMNIANY

W tym dniu zachwyca nas również hotel Ma wielkie patio z roślinnością i otwarty basen. Pierwsza rzecz jaką robię jeszcze przed kolacją to pływanie. Zmęczenie przechodzi i mam znowu ochotę na więcej. Chyba tego mi brakowało.

Po kolacji zwiedzamy miasto. Miasto? No to dużo powiedziane  – właściwie mówimy o jednej ulicy, za to naprawdę uroczej. Czynimy tzw. Clubing – czyli od knajpki do knajpki na tequilę, a kończymy meskalem w hotelu przy basenie.


Podsumowanie dnia:

  • To był dzień degustacyjny. Pod każdym względem i owoców i tequili i steków ze specjalnie hodowanych krów mięsnych niczym w Argentynie…
  • wieczorem poszaleliśmy z Meskalem
  • nie korzystajcie z knajpek przy kompleksie archeologicznym – jedne z gorszych tacos
  • Tequila całkiem ok ale w mieście jeszcze lepsza
  • Hotel Maya Tulipanes – pokój z oknem z widokiem na…korytarz niemniej bardzo ładny
  • Basen doskonały
  • Jedzenie – no wreszcie coś innego. Pyszne
  • Grupa jest coraz mocniej zintegrowana. Coraz bardziej nam się podoba…

DZIEŃ PIĄTY – SAN CRISTOBAL

Od rana w drodze…do San Cristobal – no cóż, gdybym miała wymienić trzy rzeczy, które mnie zwyczajnie męczyły podczas tej wycieczki to byłyby to przejazdy, przejazdy no i czasami za mało lub w niektórych miejscach za dużo czasu wolnego. Ale jest takie powiedzenie – jeśli nie masz na coś wpływu – nie zajmuj się tym. A zatem wpisałam to w koloryt i wycięłam. Często tak robię. Pomaga.

Z wielką radością odnotowałam w głowie moment, w którym Ewa – pilotka mówi – „ok jesteśmy na miejscu, musimy przejść kawałek z bagażami podręcznymi…” A co tam bagaże podręczne – ważne, że już koniec jazdy i można wyłożyć się na łóżku hotelowym. A hotel zacny. Typowo kolonialny z pięknym patio. Jejku jak bardzo mi się w nim podobało.

Jesteśmy w górach, więc doświadczamy zupełnie innych warunków atmosferycznych – zupełnie innych – leje deszcz i jest bardzo zimno. Ubraliśmy wszystko, w czym przyjechaliśmy na lotnisko i nadal było zimno. W sumie fajnie tam mają – chcesz upał – jedziesz do Acapulco, chcesz chłodek jedziesz do San Cristobal. Jak widać możemy doświadczać nie tylko różnych wrażeń poznawczych ale też pogodowych.

Trochę informacji, a potem powrócimy do refleksji.

  • Miasto San Cristóbal w 1532 roku założył Diego de Mazariegas, jako regionalną bazę obronną przed zaciekle atakującymi Indianami Zoque i Chiapanec. Osada szybko stała się stolicą prowincji Chiapas.
  • W 1545 przybyli dominikanie. W tym samym roku Bartolomé de Las Casas został biskupem Chiapas. Wsławił się nie tylko tym, że od jego nazwiska miasto zyskało nową nazwę (początkowo nazywało się „Ciudad de San Cristóbal”), ale także obroną indiańskiej ludności przed bezlitosnym wyzyskiem.
  • Początkowo miasto, jak i cały region, związane były gospodarczo, politycznie i kulturowo z Gwatemalą. W 1824 roku Chiapas przyłączono do Meksyku i San Cristóbal de las Casas stało się stolicą stanu. W 1892 roku rolę tę przejęło miasto Tuxtla Gutiérrez.
  • W mieście mieszkają głównie Metysi wyznania katolickiego.
  • To właśnie w tym mieście rozpoczęło się powstanie zapatystów. W noc sylwestrową 1993/1994 Zapatyści rozpoczęli powstanie, a głównym postulatem była poprawa warunków Indian uciskanych od czasów kolonialnych.

Górzyste okolice miasta zamieszkane są głównie przez miejscowych Indian, pierwotnych mieszkańców tych ziem. Mieszkają oni w małych wioskach, położonych wysoko w górach, posługując się swoimi językami, głównie tzotzil i tzeltal, należących do rodziny języków majańskich. Znajomość hiszpańskiego wśród Indian nie jest rzeczą oczywistą.

Do głównych zabytków San Cristóbal de las Casas można zaliczyć Katedrę przy Plaza del Marzo, czy kościół Santo Domingo. Przy tym ostatnim znajduje się plac ze straganami, gdzie okoliczna ludność sprzedaje wyroby rękodzielnicze.

Nie ma opcji, by u nas brakowało ulicy. Koniecznie musieliśmy się poszwendać.

A zobaczcie co tutaj jest – piękna i okazała

Przeszliśmy się wzdłuż Katedry Miejskiej (Catedral de San Cristobal de Las Casas) Chwilę spędziliśmy na miejskim mercado. To miejsce zupełnie inne niż rynki w większości miast, które do tej pory eksplorowaliśmy – tu nikt nie zwracał uwagi na przybysza z Polski.

Najpierw dziwimy się temu, że i tutaj są piękne bursztyny

Trafiliśmy do lodziarni. Ale wybór! Lody pyszne. Nie ważne, że zimno na zewnątrz. Jemy dwa rodzaje i wracamy do hotelu na kolację.

Ostatnie pstryki nocne… jest naprawdę pięknie…szkoda, że zimno. Mimo to znowu się cieszymy, że wyszliśmy poza hotel. Czasami warto wyjść poza strefę komfortu.

Na kolacji znowu cudne zaskoczenie – dostajemy paterę z mięsem – kurczak, wołowina i chyba wieprzowina – wszystko to podgrzewane przez żar umieszczony w puszcze okrytej folią aluminiową. Widzieliśmy to danie na ulicy „Anafre”– to ich lokalny specjał. Pycha. Do tego dodatki, włącznie z ukochanym przeze mnie w tym kraju guacamole.

Podsumowanie dnia:

  • pada…
  • długa trasa
  • piękne miasteczko
  • świetny hotel – D’ Monica – kolejny kolonialny – im bardziej w głąb kraju tym bardziej zakochuję się w hotelikach. To nie resort, ale z czasem zaczynam coraz bardziej doceniać hotele butikowe, inne od innych – jakby to nie brzmiało
  • super kolacja
  • jest nam zimno, ale jest coraz fajniej

komentarzy 9

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.