Ameryka,  Karaiby

ST MAARTEN – CZY LECI Z NAMI PILOT?

Czy jest ktoś, kto nie słyszał o słynnym lotnisku na St Maarten? Tak, to właśnie tutaj w spektakularny sposób lądują samoloty. I właśnie na tę wyspę czekaliśmy najbardziej. Od lat chciałam poczuć podmuch startujących samolotów, ujrzeć brzuch lądującego Airbusa, i doświadczyć tego wszystkiego nie na płycie lotniska lecz na białej plaży u brzegu Morza Karaibskiego. Pływając w ciepłym morzu czekaliśmy na samoloty. Przyznajemy: wrażenia są wspaniałe!

Wyspa wita nas radośnie, cała wystrojona świątecznie, a w tle muzyka karaibska.

Południowa część wyspy od 2010 stanowi terytorium autonomiczne Holandii, północna część należy do Francji jako jej wspólnota zamorska. Wyspa została oficjalnie podzielona 23 marca 1648. Wyspę odkrył Krzysztof Kolumb 11 listopada 1493 roku. Nazwał ją na cześć Marcina z Tours, którego święto wtedy wypadało.

Na wyspie lotnisko znajduje się tuż przy linii brzegowej, a lądujące samoloty są niemal na wyciągnięcie ręki.  Zależało nam by zobaczyć duże samoloty lądujące na wyspie, dlatego wcześniej sprawdziliśmy rozkłady lotów. Jako że te największe, należące do KLM lądują po 14, mogliśmy zacząć od kąpieli i zwiedzania wyspy.

To była chyba najdroższa z wysp. Za jej objazd zapłaciliśmy 30$ od osoby. Stała cena 40$, warto więc trochę ponegocjować, zwłaszcza gdy się jedzie taką ekipą jak nasza.

My tak zrobiliśmy i po chwili podziwialiśmy wyspę zza okna klimatyzowanego vana. Najpierw, po przekroczeniu granicy holendersko – francuskiej zatrzymujemy się na ślicznej plaży Orient Bay, z białym i miękkim piaskiem niczym mąka. Plaża dzieli się na część tekstylną i dla naturystów. Widać, którą wybraliśmy.

Skoro objazd, to jedziemy dalej, zatrzymując się w każdej chwili, gdy tylko coś nam wpada w oko, lub w obiektyw. Mijamy naprawdę ładne miasteczka, zlokalizowane tuż przy czystych, niewielkich plażach. Jesteśmy w części francuskiej. Przejazd przez granicę to formalność, a właściwie jej brak. Tylko flagi nas informują, że właśnie przekraczamy granicę.

Nadmorskie miasteczko

Architektura jest naprawdę ciekawa, taka dość wytworna. Sami mieszkańcy mówią, że francuska część jest spokojna i elegancka, a holenderska – luźniejsza, taka karaibska, nasączona rumem.

Dalsza trasa wiodła drogą północną, nadal po stronie francuskiej, aż do stolicy Marigot, a w niej podziwiać można Fort St Louis z 18 wieku. W 1789 roku fort ten został zbudowany, aby chronić zatokę Marigot i miasto oraz jego bogactwa przed najeźdźcami, zwłaszcza, że Marigot posiadało kilka magazynów, w których przechowywano ważne towary, takie jak trzcina cukrowa, rum, kawa i sól czekające na eksport. W XIX wieku fort przestał być wykorzystywany i jego stan stopniowo się pogarszał. Tutaj widok na stolicę.

Ale armata dumnie stoi

Samo miasto tylko delikatnie obejrzeliśmy. Jest to miejsce z kolorowymi domami, mnóstwem restauracji i kolorowymi targami na których można kupić różne  pamiątki, wyroby rzemieślnicze, napitki. Skosztowaliśmy soku z trzciny cukrowej i kilku smakowych likierów.

Tradycyjna praska do trzciny cukrowej. Wszędzie na świecie takich używa się do dziś.

Czas na kolejną plażę…ale niestety gdy tylko na nią przybyliśmy, zaczęło kropić i urok nieco znikł. A szkoda bo śliczna – Mullet Bay Beach pewnie w pełnym słońcu jest przepiękna. Jest to zatoka, w której wodach pływa się z falą – do przodu – do tyłu. Gdy się obserwuje ludzi w wodzie, może to wyglądać nieco komicznie, ale gdy się w tym uczestniczy, okazuje się że to świetna zabawa, niczym w aqua parku –tylko prawdziwym, naturalnym. Wody są dość płytkie, dno piaszczyste, zejście łagodne.

Zdecydowanie podczas ciepłego deszczu lepiej wejść do wody, niż moknąć pod drzewem.

Minęło południe i z niecierpliwością kierowaliśmy się na sławną plażę. Na szczęście na Maho Beach, bo to o niej mowa, pogoda była już słoneczna, a samoloty na czas. Rzeczywiście robi to wrażenie, i to zarówno lądowanie jak i starty, podczas których spycha turystów z plaży do morza. Bawiłam się przednie, do tego stopnia, że gdy cała nasza ekipa wracała, my jeszcze zostaliśmy 1,5 h. I ta spontaniczna decyzja była jedną z lepszych. Spędziliśmy w tym miejscu bardzo przyjemnie czas. Nie należy martwić się o powrót – taksówkarze co jakiś czas nawołują i za 7 $ dowożą do statku.

I już się zaczyna !

 

 

A oto knajpa z najprawdopodobnie najlepszym widokiem na wyspie

Poszaleliśmy, ale po to tutaj przyjechaliśmy. Zawsze o tym marzyłam. Marzenia są po to by je spełniać 🙂

Czas powrócić na statek. Dzisiaj świętujemy Nowy Rok. W takim miejscu – to sama przyjemność.

 A na koniec ciekawostki:

  • Sint Maarten (Saint Martin) jest najmniejszą na świecie, podzieloną granicą państwową. Przekraczaliśmy ją dwukrotnie i gdyby nie flagi w miejscu granicznym, nawet nie mielibyśmy pojęcia, że ją przekraczamy. Cóż w końcu Francja i Holandia są w Schengen.
  • Gospodarka Saint Martin kręci się wokół turystyki, która zatrudnia 85% zawodowo czynnych. Co roku wyspę odwiedza ponad milion gości, w większości przylatujących na lotnisko międzynarodowe w holenderskiej części wyspy.
  • Brak znaczniejszej gospodarki rolnej i rybołówstwa oznacza, że prawie cała żywność musi być importowana. Paliwa i wyroby przemysłowe także pochodzą z importu, głównie z Meksyku i USA.
  • Saint Martin podobno ma najwyższy na Karaibach dochód na mieszkańca.

 

komentarzy 26

Skomentuj siwywiatr Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.