KAPSZTAD – ENERGIA I ELEGANCJA

Są takie miejsca na Ziemi i  pewnie każdy je ma…które sprawiają, że czujemy się w nich jak u siebie, choć jesteśmy tam tylko przez chwilę. Dla nas takim miejscem jest Kapsztad. Od pierwszego zetknięcia samolotu z Ziemią. Kapsztad nas  uwiódł, oczarował, zachwycił i uszczęśliwił.  A jak to zrobił?

Na Cape Town mieliśmy dokładny plan. Bardzo nam zależało na tym by intensywnie spędzić czas w tym miejscu, tak  by niczego później nie żałować. Tak by móc sobie powiedzieć – zrobiłam i widziałam to wszystko co chciałam – nie muszę już wracać w to miejsce. Tylko nie przewidzieliśmy, że to miejsce stanie się najprawdopodobniej pierwszym i jedynym do którego zechcemy wrócić…

Jeszcze tego samego dnia poszliśmy na kolację na Waterfront, by poczuć atmosferę tego miejsca. Było rzeczywiście fantastycznie. Wszystko pięknie już świątecznie przystrojone – wspaniała choinka i gwiazdy. Bajka.

Zrobiliśmy rozeznanie, przechodząc z knajpy do knajpy. Ostatecznie wybraliśmy klimatyczną, na którą skusiliśmy się ze względu na ostrygi. Zamówiliśmy też małże. Dobry był też starter. Owoce morza w Kapsztadzie były naszym podstawowym menu. Każde, które jedliśmy były przepyszne. Jedzenie bardzo nas zaskakiwało. Niebo.

Waterfront tętni życiem, jest niezwykle energrtyczny. Gdy wracaliśmy, zatrzymaliśmy się przy scenie. Akurat odbywał się koncert gwiazd RPA – muszę przyznać, że świetny poziom muzyczny.


Kolejnego dnia planowaliśmy wejść na górę stołową. Wejść? Wjechać! Ale z powodu wiatrów kolejka nie działała. Więc nastąpiła szybka zmiana planów: foki, pingwiny, Muizenberg i Kalk Bay, cudowny obiad, Nord Beach  i panoramiczna trasa – Chapman Peak.

No to zaczynamy. Jedziemy samochodem na plażę Houk Bay, skąd odpływają łodzie ze szklanym dnem do wysepki zamieszkałej przez foki. W Kapsztadzie i okolicy wszystko mi się podoba. Czuję niebywały spokój wewnętrzny.

Zanim docieramy do celu podróży, zatrzymujemy się niezliczoną ilość razy, po to by nacieszyć się widokami.

Docieramy do przystani promowej. Rozglądamy się za kasą biletową. Wygląda na przykład tak:

Widoki nadal nas zachwycają…

Zachwyca też „treser fok” karmiąc ją z ust do ust…

Statek podpływa, zatem ” otwieram nasz program na dziś”

Z radością ciekawego dziecka płynąc zachwycałam się każdym widokiem. A foczki mnie oczarowały. Takie słodkie, kochane, śmiesznie chodzące. Mimo chłodnego, uciążliwego wiatru bawiliśmy się doskonale. Teraz będzie seria zdjęć tych cudownych stworzeń. Wcale nie jest łatwo zdecydować się na wybór zdjęcia.

gdy dobijamy do brzegu, witają nas uliczni grajkowie

Od razu z fok chcieliśmy jechać do pingwinów. Ale jeszcze widoki na zatokę.

Z fok do Pingwinów można jechać dwiema drogami: trasą Chapman Peak, lub trasą w kierunku Constanti.

Wybraliśmy tę drugą trasę. Wzdłuż niej jest szlag winny. Winnice znane na całym świecie, z których wino zamawiał litrami Napoleon. Wybierając tę trasę mamy okazję zobaczyć całą „złotą milę” ciągnącą się pomiędzy Muizenberg i Kalk Bay. Znajdziemy tam historyczne , kolonialne budynki (np. sama stacja Muizenberg), piękne plaże, mnóstwo restauracji i kafejek oraz niezapomniana atmosferę małego nadmorskiego miasteczka. Tam znajdziemy jedne z najbardziej fotografowanych nadmorskich domków plażowych, które pewnie znacie z fotografii. Wzdłuż wybrzeża biegnie spacerowa ścieżka, która zaczyna się własnie w Muizenberg. Przepiękne miejsce. Przepiękne widoki, wspaniałe ciągnące się w nieskończoność plaże.

Niestety nie popływaliśmy

Gdy mijamy miasteczko Simonstown  postanawiamy wrócić tu na obiad. Miasteczko jest piękne, kolonialne.

Ale najpierw czas na to o czym zawsze marzyliśmy, czyli na pingwiny. Odkąd pamiętam chciałam je zobaczyć w naturalnym środowisku. Afrykańskie pingwiny są leniwe i nie boja się ludzi, gdyż od lat nie spotyka ich z naszej strony żadne zagrożenie. Na Boulders Beach można wiec je obejrzeć z bardzo bliska, a nawet z nimi popływać. Nie odważyłam się pływać w tak zimnej wodzie, ale oglądanie ich sprawiło mi tyle radości, że kąpiel była zbędna. Fantastycznie śpią – na stojąco, jak lunatycy. Śmiesznie to wygląda. Pingwiny bardzo wdzięcznie pozowały. Zaskoczyło nas, że są takie malutkie.

Plaża Pingwinów jest przepiękna. Niczym na Seszelach

Każdy dzień był pełen wrażeń. Ten się jeszcze nie skończył, a już dostarczył nam mnóstwa emocji. Czas na obiad. Wróciliśmy więc do Simonstown , w którym można zobaczyć wiele historycznych budynków i muzeów. Dla tej okolicy charakterystyczne są plaże z wielkimi granitowymi głazami podobnymi do tych na Seszelach. Miasto jest śliczne.

To była prawdziwa uczta. Wojtek zamówił krewetki tygrysie, a ja małże i butelkę wina. Do wszystkiego dodają frytki. Nie do przejedzenia. Zapłaciliśmy około 75 zł za nas dwoje. A to co dostałam przeszło moje oczekiwania- w żeliwnym garnuszku mnóstwo muli w doskonały sosie śmietanowym. Jakie to było dobre. O wiele pyszniejsze niż krewetki. Nie wiem czy kiedykolwiek jadłam tak dobre mule. Jeśli owoce morza to tylko w tej części świata.

Droga powrotna nie musi być nudna….

Poszaleliśmy na plaży Nordhoek Beach. Ale szeroka….dojście do morza trwało i trwało. Łatacha piachu robiła niesamowite wrażenie.

Wróciliśmy trasą panoramiczną. Faktycznie taka jest. Widoki wspaniałe.

Gdy dotarliśmy do siebie, nie byliśmy  już w stanie się ruszyć. Mimo, że perspektywa spaceru po tym pięknym mieście była kusząca, nie mieliśmy siły. To był bardzo wyczerpujący, ale naprawdę wspaniały dzień.


Kolejny dzień był nie mniej ekscytujący. Tym razem zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na podbój Góry Stołowej. Próba numer dwa. Na Table Mountain można wejść lub wjechać kolejka. Jeśli ktoś chce wejść, to najlepiej zacząć wcześnie rano, zanim zrobi się zbyt gorąco. Najpopularniejszy szlak to Platteklip, który zajmuje ok. 1.5-2 godziny. Jeśli chcemy wjechać kolejka, należy wziąć pod uwagę oczekiwanie w kolejce, My staliśmy ponad 1,5 godziny we wszystkich kolejkach. We wszystkich ponieważ organizacja jest taka, że najpierw czekamy w kolejce po bilety, a gdy staniemy się już szczęśliwymi posiadaczami biletów, ustawiamy się od nowa w zakręcanej kolejce by wejść do wagonika. Bilety na kolejkę (kabina z obrotowa podłogą, piękne widoki) do nabycia na stronie Cableway. Widoki doskonałe zarówno podczas jazdy jak i z samej góry. Wrażenie podczas obrotu podłogi  – niesamowite. Ekstra! Mogłabym tak kilka razy wjeżdżać i zjeżdżać. Na samym szczycie jest przepięknie, sporo uroczych tarasów widokowych, można tak chodzić i chodzić. Wojtek pokonywał swój lęk wysokości podczas niektórych zdjęć.

Kolejny punkt naszej wycieczki to Przylądek Dobrej Nadziei i Cape Point. Tym razem jedziemy skrótem przez góry. Lubimy zmieniać trasy, dzięki czemu możemy więcej zobaczyć.

Najpierw zatrzymujemy się przy pięknej plaży. To niezwykłe jak piękne są tu okolice, jak urokliwe miejsca…nie mogę oderwać wzroku, wszystko mnie zachwyca. Uwielbiam takie plaże. I zamiast sie spieszyć na przylądki – posiedzieliśmy, poleżeliśmy….Co wazne, w Kapsztadzie i okolicach potrafiliśmy oderwać myśli w każdej chwili. Tu reset był na zawołanie.

Gdy dotarliśmy już na teren Parku Narodowego, naszym oczom ukazała się kolejna piękna plaża.

Robimy tradycyjne zdjęcia przy Przylądku Dobrej Nadziei i podziwiamy układy z  kamieni.

Jadąc dalej docieramy do Cape Point.

Nie korzystamy z kolejki, mimo gorąca idziemy spacerkiem w górę do latarni morskiej. Droga malownicza. Co kilka kroków robimy zdjęcia.

I coraz wyżej i wyżej wchodzimy…widok niby ten sama, a jednak inny. Nie potrafimy się oprzeć – pstrykamy i uwieczniamy w pamięci.

Przylądek Dobrej Nadziei i Cape Point to dwa z trzech najbardziej wysuniętych na południowy-zachód przylądków i jednocześnie najbardziej sceniczne. Poszarpane skalne klify zanurzają się w fale Oceanu Atlantyckiego. Kiedyś, w czasach kiedy Bartolomeo Diaz zdobywał świat, Cape Point był jednym z najtrudniejszych przylądków do przebycia, głownie z powodu częstych mgieł, niebezpiecznych prądów i skał. My go dzisiaj zdobyliśmy!


Wracaliśmy przez trasy wiodące wokół słanych winnic w Costanti. Bardzo chciałam je zobaczyć. Trafiliśmy do podobno najsławniejszej, w której można nie tylko degustować wina, ale i przyjrzeć się procesowi wytwórczemu i pooglądać piwnice.

W krótkim czasie produkowane w Groot Constantia wina zyskały swoje uznanie w Europie. W Rozważnej i romantycznej Elinor Dashwood pociesza się odrobiną najprzedniejszej Constantii po zawodzie miłosnym. W 1885 roku Constantia została zakupiona przez władze kolonii i stała się modelową winnicą. Wina z Constantii opiewane przez poetów i księżniczki produkowane były z winogron pochodzących z rodziny Muscat, która daje słodkie, aromatyczne białe i czerwone wina muscadel. Pomimo że pierwsze receptury zostały zagubione, do dzisiaj Constantia ma ogromne uznanie wśród smakoszy.

Przekonani, że zobaczymy takie cudeńko jak w Gruzji, bez zmrużenia oka zapłaciliśmy  20 zł …i okazało się, że możemy tylko degustować. Reszta nieczynna dla zwiedzających. Nie wiem czy akurat taki pech tego dnia, czy tak na dłużej…no cóż nie zobaczę jak się robi jedne z najsławniejszych win, które sprowadzał na potęgę Napoleon na wyspę św Heleny. Swoją drogą całkiem fajnie się miał na tym wygnaniu.

Przynajmniej podziwiałam krzewy winne…Oto i one – te sławne, szlachetne szczepy.

Najbardziej jednak rozczarowała nas sama degustacja. Odnieśliśmy wrażenie, że to absolutnie turystyczny spęd. Pousadzani uczestnicy wycieczek autokarowych, przy szeregowo ustawionych stołach, zupełnie bez uroku, a  o klasie i stylu nie wspominając – muszą sami podchodzić z tym samym kieliszkiem do baru i piją coś o czym nikt im nic nie opowie. Równie dobrze mogłabym kupić butelkę wina w markecie. Ale wypiłabym ją w ciekawszej scenerii. To akurat nam się nie podobało. Wino? Owszem. Nie dziwię się Napoleonowi.

Byliśmy już bardzo głodni, a myśl o mulach coraz mocniej dźwięczała w głowach i docierała do żołądka. W tej kolejności – bo mule tutaj to danie, które dociera bardzo mocno do świadomości. Cały czas o nich myślę, a potem staję się głodna. Tym razm postanowiliśmy sprawdzić inny lokal. Poprzedniego dnia rzuciła nam się w oczy knajpa przy plaży Houk Bay. No i to był strzał w 10. Oboje zamówiliśmy to samo i okazało się, ze to najpyszniejsze mule jakie jedliśmy. Pobiły nawet te z wczorajszej uczty. Cenowo podobnie. W sosie serowo maślanym z pianką serową. I wszystko delikatnie zapieczone. Nie odtworzę tego smaku przenigdy.

Pyszne jedzenie, świetna obsługa i niezapomniany widok. Hedoniści mają tu sie dobrze.

Tym razem postanowiliśmy nie dać się zmęczeniu. Zbyt wspaniale nam tu jest, by się kłaść spać przed północą. Ja naprawdę nie pamiętam kiedy czułam się tak cudownie w jakimś kraju, w jakimś miejscu tak jak tu w Kapsztadzie. Jako, że byliśmy najedzeni wspaniałymi mulami, zdecydowaliśmy się „tylko” na deser przed północą. Czekoladowe brownies z lodami było fantastyczne. Lepiej nie mogliśmy zakończyćw tym dniu smakowania  tej części świata.


To niezwykłe, że każdego ranka budzimy się z niecierpliwym oczekiwaniem – co cudownego dzisiaj? Ale dzisiaj chmury na niebie. A mieliśmy zacząć od lenistwa na Camps Bay by później polatać helikopterem. Chmury mogą te plany zniweczyć, bo cóż to za lot , gdy niebo nimi zasłane No ale cóż – będzie jak będzie. Do zmiany planów jesteśmy przyzwyczajeni. Postanawiamy zacząć od Bo-kaap, na które do tej pory nie było czasu. Bo-Kaap to dzielnica położona dość centralnie na zboczach Signal Hill. To tutaj znajdują się kolorowe domki które są jedną z najbardziej typowych wizytówek Cape Town. Jest to dzielnica malajskich osadników. Jest więc  tutaj dużo wpływów muzułmańskich, meczety, minarety i mnóstwo kolorowych domków – niektóre z nich nawet pochodzące z XVII wieku. Warto wejść w uliczki boczne, nie tylko na dwie główne. Nie wiem czy nie piękniejsze domeczki są właśnie po bokach. Urocze.

Życie nocne Kapsztadu kręci się głównie wokół Long Street, są tutaj dziesiątki barów i klubów nocnych. Ulica mieści się w tzw. City Bowl i słynie również z domków w stylu wiktoriańskim z pięknymi kutymi w żelazie balkonami. My postanawiamy pooglądać tę sławną ulice właśnie teraz, oczekując z nadzieją na poprawę pogody. Domy rzeczywiście przykuwają uwagę swoją architekturą.

A bary, kluby …cenami. Można odnieść wrażenie, że happy hours trwa tu 24 godziny na dobę. Jeśli napisałam, że w RPA nie jest drogo, to tutaj jest po prostu bardzo tanio…bardzoooo. Nie tylko w sklepikach prowadzonych przez hindusów, nie tylko jedzenie za grosze w knajpkach…również alkohole w barach. Nic dziwnego, ze ta ulica stałą się ulubionym miejscem plecakowców. Walczyliśmy ze sobą, czy nie wrócić tu wieczorem na kolację, ale ostatnia noc musieliśmy spędzić na Waterfroncie, pokręcić się na diabelskim młynie i zjeść o dziwo mule 😉 Czyli jak codziennie w CAPE TOWN. To taki nasz rytuał niczym w ” dniu świstaka”. Ale gdzie zjem lepsze?

Ale wracając do zwiedzania…ulica bardzo nam przypadła do gustu, zwiedziliśmy też Katedrę św. Jerzego znajdującą się w  pobliżu słąwnej ulicy…i…wyszło słońce!

A skoro wyszło słońce to jedziemy na plażę i juz się cieszymy jak dzieci bo przecież lot sie uda!

Kierunek plaża! Camp bay to miejska plaża, szeroka, z białym piaskiem, ładnym lazurkiem, lecz z temperaturą wody tylko dla koneserów. Wreszcie położyłam się …i odpłynęłam. Ale zaraz podniosłam głowę, bo wkoło wszystko mi się podobało. Wciąż aktywni młodzi ludzie, który spędzają czas biegając, lub grając w różne gry zespołowe, ale coś robiąc…palmy, których przy tej plaży nie brakuje, głazy granitowe, które znowu przywołują mi na myśl Seszele…Tu nie może się nie podobać. Piękne są okolice Camps Bay. Plaża znajduje się w pobliżu Głowy Lwa i łańcucha górskiego Dwunastu Apostołów.

I znowu okazuje się, że nawet niepogoda, która początkowo mogła nam popsuć plany, tylko je lekko zmodyfikowała czyniąc każdą chwilę jeszcze piękniejszą. Bo czy trafiłabym w te wszystkie zaułki miasta? Chyba nie. A już jestem na lądowisku helikopterów, bo chmury popłynęły za górę stołową, odsłaniając piękne widoki. Czekam więc na więcej z innej, zupełnie nowej dla mnie perspektywy.

Boje się latać samolotami. Ciekawe jak będzie w helikopterze. Jeszcze w kraju pomyślałam, że są 3 miejsca na świecie, w których na pewno sobie nie odmówię tej przyjemności. Jednym z nich jest właśnie Cape Town. Już wita się z nami przystojny pilot ( czemu wszyscy piloci są przystojni? ) i wsiadamy cali rozemocjonowani.

Start cos wspaniałego…taka lekka lewitacja, oderwanie się od ziemi niczym oderwanie dłoni od stołu…płynnie i zupełnie nieodczuwalnie. A widoki? Nie znajduje słów, którymi mogłabym opisać swoje szczęście i zachwyt nad tym czego mogłam doświadczyć.

Teraz już nie wiem czy tylko trzy miejsca na świecie mi wystarczą.  Szkoda, że tak szybko minął ten cudowny lot. Mogłabym tak jeszcze i jeszcze.

I to była kolejna fantastyczna przygoda jaką przeżyliśmy.


Kolej na winnice.

W roku 1652 winorośl przywiózł do Afryki Południowej Jan van Riebeeck, pierwszy gubernator kolonii i założyciel Kapsztadu. Osadnicy europejscy przybyli tutaj tylko trzy lata wcześniej. Jan van Riebeeck postanowił rozpocząć produkcję wina żeby móc w nie zaopatrywać statki Kompanii Wschodnioindyjskiej kursujące na trasie Indie – Jawa. Trunek ten nadawał się do spożycia dłużej niż woda, poza tym van Riebeeck był lekarzem i dobrze wiedział że wino, szczególnie czerwone chroni marynarzy przed szkorbutem.

Po doświadczeniach związanych z Groot Constantia, byłam dość sceptyczna. Ustaliliśmy, że  skoro region Stellenbosch jest znany na cały świat to chociaż go obejrzymy, ale będziemy unikać dużych winnic. Możemy nawet na siłę do żadnej nie wchodzić, jeśli miałoby być tak jak wczoraj.

Okolica naprawdę piękna, tarasy winne aż po horyzont. Co jakiś czas wołałam – stój – chcę zdjęcie…ale mijaliśmy same duże, znowu wyglądające komercyjnie winnice. Tak już nie chcieliśmy. Zmieniliśmy zupełnie drogę, nawet nie wiem jak znaleźliśmy się na wzgórzu winnym…ale na widnokręgu były tak piękne góry, że nie mogłam oderwać od nich wzroku. W pewnym momencie Wojtek zawołał- winnica na lewo, skręcam! No dobra…ale naszym oczom ukazuje się nowoczesny budynek. Fakt wokół tarasy…wszystko na tle zachwycających nas gór…ale ten nowy budynek? Znowu będzie spęd? Z daleka dochodzą nas głosy biesiadujących i już mocno rozbawionych degustatorów…Ustalamy, że wejdziemy i zobaczymy czy się nami zaopiekują czy tak jak w Constantia – dadzą kieliech, wezmą kasę i radź sobie sam.

W środku pięknie…jest recepcja i elegancko ubrany chłopak tłumaczy, ile kosztuje degustacja dla dwojga. Ale cóż, ktoś z nas jest kierowcą i na pewno nie ja. Wyjaśniamy, że degustacja nas interesuje, ale z oczywistych powodów dla jednej osoby.

Uroczy, młody człowiek uśmiecha się i zaprasza nas do stolika – wybieramy również ten na zewnątrz, bo nie sposób oprzeć się widokom w promieniach już na dobre rozgoszczonego na niebie słońca. No i zaczęło się to na co zawsze czekałam, a czego się tu i teraz nie spodziewałam. Pan zajmuje się tylko nami. Przynosi kieliszek i pierwsze wino.

Długo o nim opowiada, pokazując gdzie rosną winogrona, z których jest robione…to te na tarasach w dół…spoglądamy w tym kierunku…no jest tego trochę. Dla mnie te od tych naprzeciw niczym się nie różnią. Czyli na szczepach znam się tyle na ile czuję, które wino mi smakuje. Po chwili Pan zajmujący się nami przynosi bochen świeżego chleba i oliwę…to jest to co lubimy najbardziej. Za chwilę na naszym stole pojawia się deska serów, szynek, kandyzowanych pomarańczy i oliwek…do tego truskawki.

Wojtek spogląda na mnie i mówi z powagą w głosie „ nie podoba mi się tu jednak” O kurczę…a mnie właśnie zaczyna.

  • -Czemu?
  • -Jak to czemu? Nie mogę tych win spróbować, w takich okolicznościach piękna wokół .
  • No cóż…chyba go rozumiem…
  • …I tak rytuał degustacyjny powtarzał się 5 razy. Każde z win pyszne, ale mamy swojego faworyta. Oczywiście kupujemy go do naszej  domowej winiarni, w której trzymamy wina z całego odwiedzonego przez nas świata.
  • Ta winiarnia o nazwie Neil Ellis jest doskonała. Bez względu czy ktoś zakupi wino – opłata za degustację jest stała i wynosi 7 zł za naszą dwójkę. Taka refleksja, której nie potrafię i nie chcę się oprzeć…wczoraj za fatalny styl i kompletny brak atmosfery w znanej w regionie winiarni zapłaciłam 20 zł a dzisiaj za wykwintną ucztę z pięcioma winami i wybornym jedzeniem oraz czasem i informacjami od człowieka, który była nam dedykowany 7 zł czyli 3,5 zł za osobę? Chyba nie trzeba komentować. Cudownie się czuliśmy w tym miejscu. Mogłabym tu żyć.
  • W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w jeszcze jednej, mniejszej i w zupełnie innym stylu. W tej kolejnej o nazwie  brzmiącej z niemieckiego – Louiesenhof,  można degustować również brandy i porto. Muszę przyznać, że wszystkie trunki były wyśmienite.  A próbowałam:
  • Sauvignon Blanc 2014,
  • Pino Duo Petillant Rose,
  • Shiraz 2011,
  • Cabernet Sauvignon 2011,
  • Port – Perroquet Cape Tawny
  • Brandy Marbonne 16- years ols Potstill.

Sama winnica zlokalizowana jest w Dolinie Devon i Papegaaiberg. To rodzinna winnica działająca od ponad wieku. Wydawałą się mała i kameralna, a zlokalizowana jest na 200 ha. Właścicielem jest Niemiec, który uczył się winiarstwa w Instytucie  w Niemczech.  http://www.louiesenhof.co.za/

W tym miejscu można też zamieszkać. Klimat jest wyjątkowy!


Wieczorem na Waterfroncie jak na sobotę przystało było tłumie, gwarno i wesoło.

Zjedliśmy znowu, lub powinnam napisać – jak zwykle tutaj – wspaniałą kolację. Ja tradycyjnie owoce morza, a Wojtek skusił sie na steka. Być w Cape Town i nie zjeść steka?

Po kolacji poszaleliśmy na diabelskim młynie podziwiając panoramę oświetlonego Cape Town.

Na pewno wrócę do RPA. Czy do Cape Town?  Nigdy nie wracam w te same miejsca, ale nie wiem czy się oprę temu miastu i nie tylko z powodu kuchni. Dla nas to wyjątkowe, czarujące miejsce.

 

 


SESZELE – WYSPY JAKICH NIE WIELE
Styczeń 19, 2018

LUDZIE ZANZIBARU
Czerwiec 18, 2018

Komentarze:

  1. Przepiękne miejsce! Ja sama też mam kilka takich, o których piszesz. A foczki i pingwinki na zdjęciach, tak zmiękczyły moje serce, że sama, nie będąc tam jeszcze, chcę koniecznie odwiedzić! 😀

Dodaj komentarz